środa, 29 lutego 2012

Bojkot dla "Niezniszczalnych 2"? No fucking way.

© Nu Image / Lionsgate 2012
Jak wiadomo, jakiś czas temu wypłynęła informacja, że Niezniszczalni 2 są kręceni pod kategorię PG-13. Nawet zrobiło się o tym głośno, bo Chuck Norris bawił przez chwilę w Polsce i przy okazji wywiadu przypisał sobie zasługę przekonania producentów filmu, by zmienili kategorię na taką, przy której film mogą obejrzeć młodziaki (idiota, to jest totalne kłamstwo, Lionsgate od początku miało zamiar robić EX2 w PG-13, z Czaka po prostu zrobił się świętoszek i już nie chce pamiętać, jak mocne filmy kiedyś trzaskał). W każdym razie ja, jako fan staroszkolnego kina akcji ze złotej ery VHS (lata 80-te i pierwsza połowa 90-tych) oraz mocnych akcji i cycków na ekranie, nie jestem tym, rzecz jasna, zachwycony.

No bo jakby nie patrzeć, kategoria PG-13 dla takiego filmu to policzek dla starych fanów. Wiecie, mamy film, w którym pojawią się obok siebie Stallone, Statham, Schwarzenegger, Lundgren, Willis, Li, Van Damme, Norris, Couture, Adkins, Crews... I robią z tego PG-13. No żesz kurwa! Czyli ani bluzgów, ani co bardziej krwawych akcji nie uświadczymy (chociażby powtórki z tego, co Crews robił w jedynce z automatycznym shotgunem AA-12 i co zostawało z jego przeciwników). Szkoda. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie zbojkotować EX2 w kinie.

A potem zobaczyłem tego oto bloga. Fanowski blog, wyszukujący każdy strzępek informacji z planu filmu oraz każdą fotkę z produkcji. Fajna sprawa, ale autor bloga postanowił zawiesić działalność wkrótce po tym, jak ogłoszono kategorię PG-13 dla EX2. W geście protestu. Pomyślałem - spoko, okazuje się, że ludziska faktycznie się tym przejmują, nie jestem jedyny. Jednak gdy przeczytałem uzasadnienie i wcześniejsze wpisy... Come on! Otóż ów blogger uważa, że twórcy zdradzają PRAWDZIWYCH fanów Niezniszczalnych, dzięki którym jedynka odniosła sukces. Że to dla owych fanów powinna powstać część druga i wytwórnia winna im jest zrobienie ostrego filmu dla dorosłych (kategoria R). Że Terry Crews, który głównie spośród ekipy rozmawia ostatnio z fanami, obraża tychże fanów (bullshit kompletny, ktoś tu chyba jest z deka przewrażliwiony) i Stallone powinien "zabronić mu się wypowiadać". A, i że skoro Lionsgate postanowiło olać "starych fanów", to na EX2 nie będzie miał kto iść i film pewnie zrobi klapę...

Dżizas. Połączenie pedalskiego strzelania focha, arogancji i kompletnego braku znajomości realiów rynkowych. Przyznam, że jak poczytałem te głodne kawałki, to z miejsca porzuciłem zamiar jakiegokolwiek bojkotu Niezniszczalnych 2. PG-13 czy nie, idę do kina i chuj. Nigdy wcześniej nie było takiej obsady w jednym filmie i ja nie zamierzam tego przegapić. Poza tym ostatnio PG-13 pozwala jakby na trochę więcej niż kiedyś (nie wiem jakim cudem w Kapitanie Ameryce przeszło rozsiekanie żołnieża Hydry śmigłem samolotu), więc kompletnej młodzieżówki się jednak nie spodziewam. A jeszcze poza tym Sly Stallone zapowiada, że ten film będzie wykurwisty i rozjebie kosmos. A ja wciąż skubańcowi wierzę. No to czekamy.

piątek, 24 lutego 2012

KSIĄŻKA: Mieszko Zagańczyk - "Allah 2.0"

© Fabryka Słów 2005
Mieszko Zagańczyk w sumie niewiele na razie poszalał na naszym rynku literatury fantastycznej, znany jest głównie chyba z opowiadania Freefootball i... z niniejszej powieści. Allah 2.0 stał u mnie na półce już dość długo; kupiłem go, bo to w zasadzie cyberpunk. Czekał i czekał na swoją kolej, aż się doczekał, bo siedzę w tych klimatach obecnie. Książka ma opinie raczej dobre, tylko ludziska marudzą na zakończenie. No to zobaczmy, czy mają rację.

Mamy lata 70-te XXI wieku. Świat wygląda zgoła inaczej, niż go dziś znamy: najpierw rosnące wpływy korporacji (potem: megakorporacji), które doprowadziły do zatarcia się granic politycznych i powstania państw korporacyjnych ("korpopaństw"). Następnie wybuchła na wschodzie rewolucja, niby przeciwko tym korporacjom właśnie; rezultat był taki, że Islam, który nagle nabrał niesamowitej siły, ruszył na zachód i zalał właściwie całą Europę. I teraz w niej rządzi. Muzułmanie zajmują najwyższe stanowiska, pełno ich na każdym kroku, arabski jest językiem urzędowym. Niezły hardkor. Jako bonusik pojawia się jeszcze w sieci rozbuchane, samoświadome SI, które ubzdurało sobie, że jest Allahem. Anektuje spory kawałek cyberprzestrzeni i tworzy tam wirtualny Damaszek z XIII w. - zasiedla go programami, które też są SI, ale są przekonane, że są ludźmi mieszkającymi sobie w tym mieście. I, oczywiście, czczącymi swego boga.

Głównym bohaterem jest Zak, młody haker. Siedzi w więzieniu chińskiej korporacji za wściubianie nosa w nie swoje archiwa i myszkowanie po nie swoich serwerach. Wegetuje w paskudnych warunkach, tęskni za kumplami, dziewczyną i dostępem do sieci. Pewnego dnia przychodzi do niego tajemnicza kobieta i oferuje mu wolność w zamian za wykonanie robótki: Zak musi odnaleźć pewien przedmiot o wielkiej, podobno, wartości kolekcjonerskiej. A chodzi o zmumifikowaną dłoń Jana Pawła II, mającą obecnie wśród chrześcijan status świętej relikwii...

Książka jest faktycznie fajna, jej najmocniejsze punkty to kreacja świata, bardzo szczegółowa i spójna (mamy wgląd nawet do fragmentów archiwalnych materiałów prasowych i encyklopedycznych, które wprowadzają czytelnika w realia), oraz wizja wirtualnego Damaszku i programów tam "żyjących". Ten drugi element jest rewelacyjny, mamy możliwość śledzić przy pracy SI mające stanowisko "Łowcy Demonów", a będące tak naprawdę zaawansowanym programem strażniczym, tzw. defensorem, chroniącym system przed intruzami z zewnątrz. Czyli na przykład hakerami takimi jak Zak. Każdy taki nieproszony gość pojawia się na celowniku owego defensora jako "demon", dziecię Iblisa. Tyle że nasz Łowca ma własną osobowość, historię i jest przekonany, że jest człowiekiem z krwi i kości, wybrańcem Allaha...

Ogólnie książka oferuje nam na przemian wysiłki Zaka, by znaleźć Relikwię, oraz polowanie Muhammada Ibn al-Charida (to ów defensor) na Zaka. Nasz haker, tropiąc ślady, musi kilka razy włamywać się do arabskiej części sieci, zajętej przez SI Allaha. Za każdym razem jest trudniej i trzeba wykorzystywać coraz to nowe upgrade'y softu, aż w końcu al-Charid, kilkakrotnie przez Zaka przechytrzony, czyni go swoim wrogiem numer jeden i zaczyna ścigać tylko jego. Ich starcia, przerobione na realia średniowiecznego Damaszku, są wcale interesujące, choć widowiskowości raczej im brak. Do tego dochodzą podróże Zaka w realu, no, może nie dosłownie bohater sam podróżuje - przejmuje ciało wynajętego specjalnie na tę okazję klona (łączy się z nim z więzienia przez netchip) i kieruje nim. Poza tym mamy dwie ciekawe akcje, kiedy młody haker, w celu włamu do pilnie strzeżonych miejsc, steruje scyborgizowaną muchą i małym pająkiem-robotem. Pomysłów Zagańczykowi nie brakuje.

A owo niesławne zakończenie? Faktycznie, rozczarowało mnie. Okoliczności, w jakich kończy się książka nie podobają mi się, ale to jeszcze nie jest najgorsze. Gorzej, że wątki wydają mi się niepodomykane (choćby motyw Ingi i kumpli Zaka z Berlina), a ostatnia scena urywa się w kluczowym momencie. Choć w sumie mogę zrozumieć intencję autora, to jednak polubiłem Zaka na tyle, że smuci mnie potraktowanie go w taki dość obcesowy sposób (szczegółów nie zdradzę). Tym niemniej całość jest naprawdę warta polecenia, dla fanów cyberpunku bądź po prostu s-f z interesującymi pomysłami to będzie dobra pozycja. No i niemało tu przemyśleń dotyczących ludzkiej moralności i religii jako zjawiska, jej mechanizmów. Dobra książka.

8/10

PS. Po raz kolejny Fabryka Słów nie błysnęła doborem ilustratora. Malarskie ilustracje pana Jana Marka w większości nie pasują mi do klimatu opowieści, a zwłaszcza do futurystycznego, stechnicyzowanego świata Zaka. Przydałby się może rysownik o bardziej precyzyjnej technice, może komiksiarz. Fabryka korzystała już z talentów Jarka Musiała i Filipa Myszkowskiego, byliby nieźli. A najlepszy to w ogóle byłby Nikoś Cabała.

czwartek, 16 lutego 2012

PŁYTA: The Glitch Mob - "Drink the Sea"

© Glass Air 2010
Jakoś tak ostatnio wyszło, że więcej słucham muzyki elektronicznej, niż tradycyjnie rocka/metalu. Czy to lajtowy trance w letnich klimatach (Chicane), czy soundtracki z filmów (Resident Evil: Afterlife oraz przeepicki TRON: Dziedzictwo), czy też po prostu dobra electronica z wyższej półki (Hol Baumann). Takiej muzy od pewnego czasu potrzebuję i szukam. A tu zupełnym przypadkiem natrafiłem na coś, co ewidentnie jest jednym z najważniejszych odkryć muzycznych ostatnich miesięcy dla mnie. The Glitch Mob.

Zaczęło się niewinnie, bo od tego filmiku. Jest to fake trailer (znakomity zresztą!) do serialu TV opartego na systemie RPG znanego jako Shadowrun. O samym systemie coś pewnie niedługo skrobnę, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że w tle leci numer pt. Animus Vox autorstwa właśnie The Glitch Mob. Kawałek, który wkręcił mnie na tyle, że zacząłem szukać innej muzy od tych panów. A warto było jak cholera.

The Glitch Mob to trzech gości, Ed Ma (pseudo edIT), Justin Boreta (Boreta) oraz Josh Mayer (Ooah). Wg Wikipedii uprawiają electronicę, glitch hop, synthpop, industrial, dubstep... Nie wiem, słabo ogarniam wszystkie te etykietki w muzyce elektronicznej, ale coś w tym musi być. Anyway, ich jedyna póki co normalna płyta (tj. nie oparta na remiksach) to opisywany tu Drink the Sea z 2010 roku. Płyta genialna tak bardzo, że aż strach.

Mamy tu dziesięć kawałków, każdy trwający 5-7 minut. Całkiem konkretnie. I wiecie co? Nie ma wśród nich ani jednego słabego. Zasadniczo podzieliłbym je na te, które bardzo mi się podobają, i te, które wykurwiście mi się podobają. Serio. Całość jest niesamowicie równa pod względem poziomu, choć całkiem różnorodna. Gatunkowo i nastrojowo mamy tu miks, są kawałki bardzo dynamiczne (Animus Vox, We Swarm), są pełne pozytywnej energii (Bad Wings, Drive It Like You Stole It), są leniwe (Starve the Ego, Feed the Soul), jest w końcu jeden prześliczny numer wokalny z gościnnie występującą panią o imieniu Swan - iście anielski głos (Between Two Points).

Jestem zachwycony stroną techniczną oraz bogactwem i głębią dźwięku na tej płycie. Masa smaczków w tle co chwilę, raj dla uszu lubiących takie rzeczy wyłapywać. Wszystko nagrane ze smakiem, muzycznie ani na chwilę nie przechodzi to w jakieś denne plumkanie ani w prymitywny łomot. To jest naprawdę wyższa półka muzyki elektronicznej, ta ambitna odmiana, nie mająca nic wspólnego z tzw. techniawą. Całość ma niesamowity power i spore fragmenty Drink the Sea mogłyby śmiało być użyte jako ilustracja do scen akcji w hollywoodzkim filmie, bądź w jakiejś grze video. Powiem więcej: bardzo chciałbym, by ktoś wziął The Glitch Mob do stworzenia score'a do jakiegoś filmu s-f; przykłady grup Juno Reactor (Matrix 2-3), Tomandandy (RE: Afterlife) oraz Daft Punk (TRON: Dziedzictwo) pokazują dobitnie, że to się sprawdza.

Polecam ten krążek straszliwie. Fanom elektroniki powinien bardzo przypaść do gustu, ludziom o otwartych gustach muzycznych też. Cała reszta również powinna spróbować się z tym materiałem zapoznać, może odkryją coś dla siebie. Właściwie, to byłbym zdziwiony, gdyby nie odkryli... Tak, te dziesięć kawałków jest aż tak dobre. Przyznam, że poważnie zastanawiałem się nad przyznaniem pełnej dychy, bo nie bardzo wiem, co na tej płycie możnaby poprawić. Ale podobno nic nie jest doskonałe, więc jednak obniżę o pół punkta.

9,5/10

Tracklista:
1. Animus Vox
2. Bad Wings
3. How to be Eaten by a Woman
4. A Dream Within a Dream
5. Fistful of Silence
6. Between Two Points feat. Swan
7. We Swarm
8. Drive It Like You Stole It
9. Fortune Days
10. Starve The Ego, Feed The Soul

Oficjalny kanał grupy na Youtube:

Na koniec dwa przykłady z owego kanału. Jest tam w zasadzie cała płyta, również inne, pojedyncze kawałki, w tym remiksy innych artystów.