piątek, 28 września 2012
czwartek, 27 września 2012
FILM: "Resident Evil - Retrybucja"
"Resident Evil: Retrybucja" (Resident Evil: Retribution) (2012)
Reżyseria: Paul W. S. Anderson
Scenariusz: Paul W. S. Anderson
Obsada: Milla Jovovich, Michelle Rodriguez, Kevin Durand, Sienna Guillory, Shawn Roberts, Aryana Engineer, Li Bingbing
Reżyseria: Paul W. S. Anderson
Scenariusz: Paul W. S. Anderson
Obsada: Milla Jovovich, Michelle Rodriguez, Kevin Durand, Sienna Guillory, Shawn Roberts, Aryana Engineer, Li Bingbing
![]() |
| © Constantin Film / Screen Gems 2012 |
Jestem fanem tej serii od początku, choć wiem doskonale jakie opinie zbierają wszędzie te filmy. Jednak kij z krytykami, ja zawsze świetnie się na Residentach bawiłem i na każdą kolejną część szczerze czekam. Owszem, nie mają one niemal nic wspólnego z serią gier, na których się niby opierają, tylko tytuł i dużo nazw własnych, parę podpatrzonych wątków itd., ale to też mi nie przeszkadza - traktuję filmy i gry jako zupełnie osobne uniwersa. Wymagań dużych w tym temacie nie mam, dlatego tym bardziej mi smutno, gdy muszę przyznać, że Resident Evil - Retrybucja to najsłabsza jak dotąd odsłona serii.
Mam z tym filmem dwa problemy. Po pierwsze, nigdy jeszcze w tej franczyzie nie było tak prymitywnej konstrukcji fabuły, jak w tu pierwszej połowie seansu. Pomijając sekwencję otwierającą, mamy tu tylko schemat idziesz - rozwalasz potwory - następne pomieszczenie - rozwalasz potwory - następne... itd. To się po prostu rzuca w oczy, bo w kompleksie, w którym toczy się akcja widzimy kilka poligonów udających duże miasta z całego świata, i bohaterowie muszą przejść przez wszystkie, a w każdym coś czyha. Ja nie twierdzę, że poprzednie części miały ambitną fabułę, ale tutaj scenarzysta przegiął. Na szczęście druga połowa jest już pod tym względem lepsza, czyli trzyma mniej więcej poziom prequeli.
Druga sprawa to rzecz nawet gorsza. Otóż to wszystko, a mówię o piątej części zarówno samodzielnie, jak i na tle poprzednich odsłon, powoli przestaje się trzymać kupy. Anderson niesamowicie mnoży w Retrybucji mindfucki, jakby zachciało mu się przebić pod tym względem Matrixa i Incepcję razem wzięte. Ciągle wprowadza nowe elementy do fabuły, a jednocześnie nie dopowiada starych, lub wręcz te stare neguje. Nagle okazuje się, że wróg to już nie Umbrella, tylko Red Queen, Wesker to znienacka sprzymierzeniec (no, specyficzny), większość pomagierów Alice z poprzednich części występuje teraz jako złe klony i tylko zmienia się im oprogramowanie, jednak jakimś cudem Jill jest jedyna i oryginalna i tylko nosi tę idiotyczną broszę, która wyprała jej mózg... Nie wiadomo, którą to już wersję Alice oglądamy, bo wszędzie nic, tylko klony. Do tego oczywiście znowu mamy nową ekipę bohaterów drugoplanowych, kompletnie z dupy, a starzy gdzieś znikają (Chris i Claire oraz K-Mart). To wszystko sprawia, że bardzo słabnie ciągłość między częściami, już nie bardzo wiadomo kto jest kim i o co biega; to znaczy wiadomo, owszem, to nie fizyka kwantowa, ale robi się to po prostu słabe. Jasne, twisty fabularne są zazwyczaj fajne, ale tu moim zdaniem pan reżyser przekombinował. Robił to już wcześniej w tej serii, ale nie na taką skalę i mnie to nie podeszło.
Ale nie jest tak, że cały film jest do bani. Wciąż są tu elementy, które tak lubię w tej serii, czyli mocne akcje, widowiskowość, klimat post-apo/zombie, wciąż zajebista Milla jako Alice, komiksowość... Dostajemy naprawdę niesamowite sekwencje, np. puszczony od tyłu wstęp na napisach początkowych; scenę w olbrzymiej hali, gdzie transportowane są klony; symulację epidemii tokijskiej (początek RE4: Afterlife się kłania); sceny zalewania miast-poligonów, czy wynurzenie się olbrzymiej łodzi podwodnej spod lodu dokładnie na trasie ucieczki bohaterów. Jest na co popatrzeć. Do tego naprawdę kopiące po dupie sceny akcji, zwłaszcza Alice rozkładająca zombie w oświetlonym na biało korytarzu mnie zachwyciła, ale niezły był też pościg czegoś w rodzaju mega-lickera za bohaterami uciekającymi samochodem, tudzież finałowy pojedynek Alice kontra Jill. Poza tym nie wszystkie zjechane przeze mnie powyżej mindfucki są złe, znalazła się tu też odrobinka głębi, Retrybucja potrafi ogólnie dostarczyć widzowi takiemu jak ja nieco satysfakcji. Jest jednak gorzej, niż w częściach poprzednich. Jeśli ktoś chciałby się przekonać do filmowego Resident Evil, to najnowsza część zdecydowanie dobrą pozycją do tego celu nie jest. Dla oddanych fanów serii.
Mam z tym filmem dwa problemy. Po pierwsze, nigdy jeszcze w tej franczyzie nie było tak prymitywnej konstrukcji fabuły, jak w tu pierwszej połowie seansu. Pomijając sekwencję otwierającą, mamy tu tylko schemat idziesz - rozwalasz potwory - następne pomieszczenie - rozwalasz potwory - następne... itd. To się po prostu rzuca w oczy, bo w kompleksie, w którym toczy się akcja widzimy kilka poligonów udających duże miasta z całego świata, i bohaterowie muszą przejść przez wszystkie, a w każdym coś czyha. Ja nie twierdzę, że poprzednie części miały ambitną fabułę, ale tutaj scenarzysta przegiął. Na szczęście druga połowa jest już pod tym względem lepsza, czyli trzyma mniej więcej poziom prequeli.
Druga sprawa to rzecz nawet gorsza. Otóż to wszystko, a mówię o piątej części zarówno samodzielnie, jak i na tle poprzednich odsłon, powoli przestaje się trzymać kupy. Anderson niesamowicie mnoży w Retrybucji mindfucki, jakby zachciało mu się przebić pod tym względem Matrixa i Incepcję razem wzięte. Ciągle wprowadza nowe elementy do fabuły, a jednocześnie nie dopowiada starych, lub wręcz te stare neguje. Nagle okazuje się, że wróg to już nie Umbrella, tylko Red Queen, Wesker to znienacka sprzymierzeniec (no, specyficzny), większość pomagierów Alice z poprzednich części występuje teraz jako złe klony i tylko zmienia się im oprogramowanie, jednak jakimś cudem Jill jest jedyna i oryginalna i tylko nosi tę idiotyczną broszę, która wyprała jej mózg... Nie wiadomo, którą to już wersję Alice oglądamy, bo wszędzie nic, tylko klony. Do tego oczywiście znowu mamy nową ekipę bohaterów drugoplanowych, kompletnie z dupy, a starzy gdzieś znikają (Chris i Claire oraz K-Mart). To wszystko sprawia, że bardzo słabnie ciągłość między częściami, już nie bardzo wiadomo kto jest kim i o co biega; to znaczy wiadomo, owszem, to nie fizyka kwantowa, ale robi się to po prostu słabe. Jasne, twisty fabularne są zazwyczaj fajne, ale tu moim zdaniem pan reżyser przekombinował. Robił to już wcześniej w tej serii, ale nie na taką skalę i mnie to nie podeszło.
Ale nie jest tak, że cały film jest do bani. Wciąż są tu elementy, które tak lubię w tej serii, czyli mocne akcje, widowiskowość, klimat post-apo/zombie, wciąż zajebista Milla jako Alice, komiksowość... Dostajemy naprawdę niesamowite sekwencje, np. puszczony od tyłu wstęp na napisach początkowych; scenę w olbrzymiej hali, gdzie transportowane są klony; symulację epidemii tokijskiej (początek RE4: Afterlife się kłania); sceny zalewania miast-poligonów, czy wynurzenie się olbrzymiej łodzi podwodnej spod lodu dokładnie na trasie ucieczki bohaterów. Jest na co popatrzeć. Do tego naprawdę kopiące po dupie sceny akcji, zwłaszcza Alice rozkładająca zombie w oświetlonym na biało korytarzu mnie zachwyciła, ale niezły był też pościg czegoś w rodzaju mega-lickera za bohaterami uciekającymi samochodem, tudzież finałowy pojedynek Alice kontra Jill. Poza tym nie wszystkie zjechane przeze mnie powyżej mindfucki są złe, znalazła się tu też odrobinka głębi, Retrybucja potrafi ogólnie dostarczyć widzowi takiemu jak ja nieco satysfakcji. Jest jednak gorzej, niż w częściach poprzednich. Jeśli ktoś chciałby się przekonać do filmowego Resident Evil, to najnowsza część zdecydowanie dobrą pozycją do tego celu nie jest. Dla oddanych fanów serii.
środa, 26 września 2012
FILM: "Niezniszczalni 2"
"Niezniszczalni 2" (The Expendables 2) (2012)
Reżyseria: Simon West
Scenariusz: Richard Wenk, Sylvester Stallone
Obsada: Sylvester Stallone, Jason Statham, Jet Li, Dolph Lundgren, Chuck Norris, Terry Crews, Randy Couture, Liam Hemsworth, Jean-Claude Van Damme, Bruce Willis, Arnold Schwarzenegger, Scott Adkins
![]() |
| © Nu Image / Millennium Films / Lionsgate 2012 |
Pierwsi Niezniszczalni to jeden z moich ulubionych filmów roku 2010, był jak spełnienie marzeń (obsada of kors), a w dodatku był po prostu zajebistym filmem akcji. W związku z tym sequel był z automatu w absolutnej czołówce wyczekiwanych przeze mnie tytułów w roku bieżącym. No bo tylko pomyślcie... Arnold i Willis mieli brać udział w akcji. Miał być Van Damme i Norris, a także Scott Adkins (yay!). Ten ostatni miał mieć pojedynek ze Stathamem, a Van Damme ze Stallonem. No kosmos. No i film wyszedł rzeczywiście zajebisty i bardzo sympatyczny, ale chyba przez te dwa lata zbytnio napompowałem sobie oczekiwania.
Wadą Niezniszczalnych 2 jest chyba to, co stanowi zarazem jej główny selling point, czyli za dużo gwiazd w jednym miejscu. Bo w rezultacie nie wszystkie dostają tyle czasu, ile bym chciał. Tak jak poprzednio, najwięcej zgarnia dla siebie Stallone i Statham, ale już reszta ekipy nie za bardzo. Owszem, autorzy próbują obdzielić wszystkich aktorów uwagą jako tako sprawiedliwie (poza wspomnianymi panami S. & S.), ale wychodzi to średnio i mam wrażenie, że w części pierwszej było lepiej. (Ja już nie mówię o Jecie Li, bo on i tak nie chciał zagrać w tym filmie). Pokrzywdzony na tym polu najbardziej jest chyba Randy Couture, który ani w dialogach nie ma nic konkretnego (w jedynce były jego liczne terapie i hipochondria), ani żadnej pamiętnej zadymy (poprzednio walczył 1 na 1 ze Stevem Austinem). Poza tym twórcy chyba nieco przesadzili z ilością mrugnięć do widza związanych z poszczególnymi gwiazdami. One są, owszem, fajne, ale zużyto za jednym zamachem chyba wszystkie żarty, jakie da się na tym polu wymyślić, więc kolejna część powinna już sobie takie rzeczy odpuścić.
Jednak moje największe rozczarowanie związane z nowymi Niezniszczalnymi to niewykorzystany potencjał niektórych aktorów. Chodzi mi o wspomniane na wstępie pojedynki Stallone vs Van Damme oraz Statham vs Adkins. Oba o wiele za krótkie, mało widowiskowe, a ten drugi dodatkowo chujowo oświetlony. Ja wiem, że Stallone to już dziadek, ale w świetnej formie i dużo pokazał w pierwszej części, więc potrafi. Van Damme zaimponował mi brutalnymi walkami w ostatnim Uniwersalnym Żołnierzu, więc też dałby radę powalczyć dłużej i "mocniej". Z kolei spierdolenie naparzanki Stathama z Adkinsem w ogóle nie ma usprawiedliwienia, bo obaj są młodzi i u szczytu formy, a potrafią robić niesamowite rzeczy... których w tej scenie nie robią. W dodatku podczas ich pojedynku mamy najgorsze zdjęcia, jest ciemno i gówno widać. Bardzo czekałem na ten moment i zawiodłem się strasznie.
No dobra, marudzę, ale wynika to z mojej sympatii do tej serii, po prostu chciałbym, by te filmy były zajebiste pod każdym względem. Jednak nie zrozumcie mnie źle, to jest, tak czy owak, genialne kino akcji. Ilość strzelanin, walk, rozpierduchy na centymetr taśmy filmowej sięga rekordowych ilości, bohaterowie są fajni (Dolph bardzo zyskał w porównaniu do poprzedniego występu), fabuła prosta i sprzyjająca zadymom, humor niezły i nawiązujący do karier aktorów... No i ta obsada. W jednym miejscu Stallone, Schwarzenneger, Willis, Statham, Van Damme, Lundgren, Norris, Li, Adkins - czy ja muszę coś dodawać? To naprawdę jest spełnione, przynajmniej w dużym stopniu, marzenie nie tylko z dzieciństwa, ale i z całego życia (bo nadal masowo oglądam filmy z tymi aktorami). Dlatego nie przywiązujcie zbytniej wagi do tych wymienionych przeze mnie minusów, tylko ogarnijcie tę orgię destrukcji. Polecam bardzo; miłośnicy takiego kina na pewno się nie zawiodą.
Wadą Niezniszczalnych 2 jest chyba to, co stanowi zarazem jej główny selling point, czyli za dużo gwiazd w jednym miejscu. Bo w rezultacie nie wszystkie dostają tyle czasu, ile bym chciał. Tak jak poprzednio, najwięcej zgarnia dla siebie Stallone i Statham, ale już reszta ekipy nie za bardzo. Owszem, autorzy próbują obdzielić wszystkich aktorów uwagą jako tako sprawiedliwie (poza wspomnianymi panami S. & S.), ale wychodzi to średnio i mam wrażenie, że w części pierwszej było lepiej. (Ja już nie mówię o Jecie Li, bo on i tak nie chciał zagrać w tym filmie). Pokrzywdzony na tym polu najbardziej jest chyba Randy Couture, który ani w dialogach nie ma nic konkretnego (w jedynce były jego liczne terapie i hipochondria), ani żadnej pamiętnej zadymy (poprzednio walczył 1 na 1 ze Stevem Austinem). Poza tym twórcy chyba nieco przesadzili z ilością mrugnięć do widza związanych z poszczególnymi gwiazdami. One są, owszem, fajne, ale zużyto za jednym zamachem chyba wszystkie żarty, jakie da się na tym polu wymyślić, więc kolejna część powinna już sobie takie rzeczy odpuścić.
Jednak moje największe rozczarowanie związane z nowymi Niezniszczalnymi to niewykorzystany potencjał niektórych aktorów. Chodzi mi o wspomniane na wstępie pojedynki Stallone vs Van Damme oraz Statham vs Adkins. Oba o wiele za krótkie, mało widowiskowe, a ten drugi dodatkowo chujowo oświetlony. Ja wiem, że Stallone to już dziadek, ale w świetnej formie i dużo pokazał w pierwszej części, więc potrafi. Van Damme zaimponował mi brutalnymi walkami w ostatnim Uniwersalnym Żołnierzu, więc też dałby radę powalczyć dłużej i "mocniej". Z kolei spierdolenie naparzanki Stathama z Adkinsem w ogóle nie ma usprawiedliwienia, bo obaj są młodzi i u szczytu formy, a potrafią robić niesamowite rzeczy... których w tej scenie nie robią. W dodatku podczas ich pojedynku mamy najgorsze zdjęcia, jest ciemno i gówno widać. Bardzo czekałem na ten moment i zawiodłem się strasznie.
No dobra, marudzę, ale wynika to z mojej sympatii do tej serii, po prostu chciałbym, by te filmy były zajebiste pod każdym względem. Jednak nie zrozumcie mnie źle, to jest, tak czy owak, genialne kino akcji. Ilość strzelanin, walk, rozpierduchy na centymetr taśmy filmowej sięga rekordowych ilości, bohaterowie są fajni (Dolph bardzo zyskał w porównaniu do poprzedniego występu), fabuła prosta i sprzyjająca zadymom, humor niezły i nawiązujący do karier aktorów... No i ta obsada. W jednym miejscu Stallone, Schwarzenneger, Willis, Statham, Van Damme, Lundgren, Norris, Li, Adkins - czy ja muszę coś dodawać? To naprawdę jest spełnione, przynajmniej w dużym stopniu, marzenie nie tylko z dzieciństwa, ale i z całego życia (bo nadal masowo oglądam filmy z tymi aktorami). Dlatego nie przywiązujcie zbytniej wagi do tych wymienionych przeze mnie minusów, tylko ogarnijcie tę orgię destrukcji. Polecam bardzo; miłośnicy takiego kina na pewno się nie zawiodą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


