piątek, 20 lipca 2012

FILM: "[REC]³ Geneza"

"[REC]³ Geneza" ([REC]³ Genesis) (2012)
Reżyseria: Paco Plaza
Scenariusz: Paco Plaza, Luis Berdejo
Obsada: Carla Nieto, Leticia Dolera, Diego Martín, Àlex Monner, Mireia Ros

© Filmax / Magnolia Pictures 2012
Fanem [REC] jako serii jestem od kilku lat, zakochałem się w jedynce jeszcze kiedy była ona relatywną nówką na rynku (o a remake'u w postaci Quarantine nie było w ogóle jeszcze mowy). Film jest znakomity, genialne napięcie i tempo, oglądając go w nocy i przy słabym świetle oraz na słuchawkach byłem z lekka zesrany. A to przy horrorach zdarza mi się średnio raz na dziesięć lat... No i ta końcówka w ciemności na poddaszu. Mniam.

Potem był [REC]2, bardzo podobny do pierwszej części, bo dziejący się w tym samym budynku zaledwie kilka godzin później. Niektórzy narzekają, że ta część jest bardzo odtwórcza, ale mnie to specjalnie nie przeszkadzało, bo nakręcona jest równie dobrze, jak [REC]. No i mamy tu rozwinięcie zaakcentowanych delikatnie w jedynce wątków watykańskich, opętania panny Medeiros, okultyzmu. Końcówka mało ma wspólnego z filmem o zombie, a więcej z Egzorcystą dajmy na to. Też pięknie.

No i oto nadszedł [REC]³ Geneza, nie będący zasadniczo prequelem ani sequelem, tylko raczej spinoffem; z wydarzeniami z poprzednich części nie ma wiele wspólnego, wspólne jest tylko opętanie i inwazja zombie, tym razem na teren uroczystości weselnej pewnej młodej pary. Film popełnił Paco Plaza, czyli współtwórca serii, ale postanowił odejść nieco od (może nieco zużytej) formuły kręcenia całości z ręki i z punktu widzenia operatora kamery, będącego w centrum wydarzeń. Zamiast tego dostajemy klasycznie pokazaną akcję, z montażem, zmianami kątów kamery itd. Kręcenie z ręki pojawia się tylko w prologu, zanim zobaczymy tytuł filmu. Ot, taki smaczek dla fanów. Czy wpływa to jakoś negatywnie na odbiór filmu? Nie sądzę, owszem - przez chwilę czułem się dziwnie, gdy akcja zaczęła być pokazywana klasycznie, ale szybko się przestawiłem. Jest ok.

O wiele większą zmianą jest zmiana nastroju opowieści w porównaniu do poprzedników. W Genezie mamy dość konkretną ilość humoru, głównie oczywiście czarnego. I jest to w tej serii coś nowego, choć na sieci widziałem opinie znacznie wyolbrzymiające to zjawisko. Niektórzy nazywają ten film komediohorrorem, co jest grubą przesadą. Bez jaj, panie i panowie. Jest trochę śmiechu i masa ironii, ale to nadal jest srogi horror, dokładnie jak [REC] 1 i 2. Tyle, że z akcentem przesuniętym nieco w lżejsze rejony. Na to ostatnie może wpływać też kolejna nowość w tej franczyzie, a mianowicie zamierzony kicz rodem z B-movies. Zerknijcie tylko na plakat, obejrzyjcie końcówkę trailera... Tak, pannę młodą mam na myśli. Z piłą. Ale ja lubię takie klimaty, więc znów nie jestem na nie.

No więc oglądamy najpierw ślub,  potem bardzo rozkręcone wesele, następnie atak pierwszego zarażonego... I dalej już tradycyjnie. Chaos, śmierć, panika - standard. Tyle że na o wiele większej przestrzeni, niż na klatce i w ciasnych mieszkankach domu z poprzednich części. Młoda para pełni tu rolę głównych bohaterów i na samym początku tej zadymy małżonkowie zostają rozdzieleni, po czym przez resztę filmu próbują się odnaleźć. Widz śledzi perypetie ich oraz kilkoro innych ocaleńców, plączących się  młodym pod nogami.

I jak to wszystko wyszło? Well, jak dla mnie bombowo. Czarny humor i kicz mi nie przeszkadzają, inny sposób kręcenia również, natomiast pozostałe elementy są równie dobre, jak w poprzednich częściach. Jest dramatyzm, napięcie, gore, żal z powodu niektórych postaci... To jest po prostu dobry horror. Inna sprawa, że w zasadzie nic nie wnosi do serii, dzieje się obok, jest to opowieść, której równie dobrze mogłoby nie być. Jeśli więc oczekujecie, że Geneza doda do mitologii [REC] tyle co część druga na przykład, to się zawiedziecie. Jeśli jednak  macie po prostu ochotę na kolejny [REC], w dodatku w odświeżonej formie, to polecam bardzo.

8/10

PS. Ostatnie 5-10 minut filmu to mistrzostwo, ale nie chcę spolerować :)

czwartek, 28 czerwca 2012

Lenistwo

Ja piórkuję, ale się rozleniwiłem ostatnio. Coś ciągle mi się blogować nie chce, a życie toczy się dalej i liczba rzeczy do zrecenzowania rośnie, nie mówiąc o wpisie na temat mojego powrotu do heavy metalu (nie, żebym jakoś strasznie od niego odszedł, heh) i o paru nowych trailerach. Tudzież wszelkich innych sprawach bliskich sercu nerda.

Postaram się ogarnąć po powrocie znad morza (Mielno/Unieście), a jadę już dziś, za jakieś trzy godziny. Wracam za kapkę ponad tydzień, może wtedy się ruszę. Oby, bo mam tyły.

Stay tuned! And have faith :D

piątek, 1 czerwca 2012

FILM: "Battleship: Bitwa o Ziemię"

„Battleship” (Battleship: Bitwa o Ziemię) (2012)
Reżyseria: Peter Berg
Scenariusz: Jon Hoeber, Erich Hoeber
Obsada: Taylor Kitsch, Liam Neeson, Alexander Skarsgård, Rihanna, Brooklyn Decker

© Hasbro Studios / Universal Pictures 2012
Wszyscy spodziewali się, że ten film to typowy odmóżdżacz, orgia efektów specjalnych i głupawy scenariusz, do obejrzenia i zapomnienia. Ot, taka nowa wersja Dnia niepodległości. W dodatku rzecz jest poniekąd inspirowana klasyczną planszówką, czyli grą w statki, a to już w ogóle nie wróżyło żadnej głębi. Takie były prognozy i w większości były trafne, ale jednak nie do końca, a film tak czy owak wyszedł moim zdaniem zajebisty, choć dziur czy naiwności w nim nie brak.

Najpierw wady. Po pierwsze, główny bohater (znów Taylor Kitsch, czyli niedawny John Carter) przez mniej więcej pierwszą jedną trzecią filmu po prostu mnie wkurwiał. Owszem, miał swoje momenty, ale jego nieodpowiedzialność została posunięta do granic absurdu i autentycznie jego wyskoki i psucie naprawdę ważnych momentów swojego życia dobijało mnie strasznie. Ciężko mi było go polubić po prostu. Dopiero później się na szczęście ogarnął i już było ok (zresztą jego „dorastanie” to jeden z głównych motywów w Battleship). Poza tym właściwie nie wiadomo po jaką cholerę obcy nas napadają, chociaż w sumie kogo to obchodzi. Zawsze można powiedzieć, że prosiliśmy się sami (sygnał wysłany w kosmos). No i pojawiają się dziury tudzież naciągane akcje, jak choćby fakt, że naukowiec-wymoczek, którego dwójka bohaterów zostawiła samego jadąc na konfrontację z alienami, nie miał szans ich zaraz potem dogonić (piechotą?) i pomóc w dogodnym momencie.

Cała reszta jest naprawdę w porządku, oczywiście pod warunkiem, że lubicie coś takiego jak rozrywkowy, letni blockbuster. Zacznijmy od rzeczy najbardziej oczywistej, czyli efektów. Są rzeczywiście pierwsza klasa, zarówno pod względem samej jakości, jak i designu obcych i ich pojazdów. No i te wszystkie nasze pancerniki, niszczyciele i lotniskowce filmowane są tu tak, że wyglądają naprawdę wspaniale i imponująco (można wreszcie nabrać stosownego respektu dla marynarki wojennej, której praktycznie dziś w kinie nie widać). W dodatku wiele ujęć wygląda na kręconych pod 3D, i to cholernie dobrych ujęć, a jednak o dziwo Battleship to „tylko” 2D. Dziwna decyzja, a ja powiem tylko, że po raz pierwszy brakowało mi 3D w filmie, bo naprawdę aż się o to prosiło, oraz że ten film przy swoich dwóch wymiarach jest bardziej 3D, niż pierdolony Ghost Rider 2.

Najmocniejsza natomiast rzecz w tym tytule to ewidentnie pomysłowość i widowiskowość bitew. Byłem ciekaw, czy faktycznie jakieś aspekty klasycznej planszówki będą chcieli twórcy tu przemycić, bo szczerze mówiąc nie wyobrażałem sobie tego. A jednak! Udało się to w filmie zmieścić, w dodatku w sposób bardzo twórczy i sensowny (boje meteorologiczne, więcej nie powiem). Byłem bardzo mile zaskoczony. Poza tym same bitwy to miód dla oczu i duszy, może nie ma ich zbyt wiele, ale są genialne, zwłaszcza te większe. Mówię tu o tej, która zaczyna się od wkręcenia alienów w natarcie pod słońce (którego nienawidzą, w sensie światła słonecznego) i rozwalenie pilotów karabinami Barrett (fuck yeah!), oraz tej finałowej, ze świetnym fortelem głównego bohatera. A propos forteli, piękne jest w tym filmie również to, że ludzie wygrywają bitwy sprytem, kombinowaniem, pracą zespołową, pomysłowością. W sumie niby w wojnie z bardziej zaawansowanymi technologicznie obcymi inaczej się nie da, ale tu zostało to po prostu dobrze pokazane.

Wspomnę jeszcze o elemencie, którego się w Battleship w ogóle nie spodziewałem. Mówię mianowicie o bardzo wyraźnym przesłaniu, dotyczącym przydatności kalekich wojskowych weteranów. W tym filmie pokazuje się, że tacy weterani nie powinni się poddawać (jak jeden z bohaterów filmu początkowo, pozbawiony nóg), że mogą walczyć ze swoją słabością i wygrać. I nadal przydać się ojczyźnie. Brzmi w sumie patetycznie, ale udało się to pokazać w sposób bardzo naturalny, praktycznie bez nachalnego patosu (zresztą cały film jest go w większości pozbawiony). Cholernie mi się ten aspekt podobał.

Serio, polecam tę produkcję. Fajne, lekkie kino, bynajmniej nie tak głupie, jak się powszechnie mówi. Żadne tam ambitne s-f, ale rozrywka i radocha z seansu zapewnione, jeśli podejdzie się odpowiednio. Bohaterowie fajni, zadymy widowiskowe, laska niczego sobie, no i dobra muzyka (dużo oldskulowego hard rocka w typie AC/DC). Wyszło sympatycznie i autentycznie czekam na sequel.

7/10