poniedziałek, 24 września 2012

FILM: "Królewna Śnieżka i Łowca"

"Królewna Śnieżka i Łowca" (Snow White and the Huntsman) (2012)
Reżyseria: Rupert Sanders
Scenariusz: Evan Daugherty, John Lee Hancock, Hossein Amini
Obsada: Kristen Stewart, Charlize Theron, Chris Hemsworth, Sam Claflin

© Universal Pictures
Baśnie ostatnio wróciły na ekrany, ale w odświeżonych, "dorosłych" wersjach. Czyli w zasadzie nie są to już baśnie, tylko rodowita fantasy :) Nie inaczej jest z Królewną Śnieżką i Łowcą, nową ekranizacją klasyki: jest to naprawdę wypasiony, duży film fantasy, ośmielę się powiedzieć nawet, że to najlepsza pozycja z tego gatunku od czasu Władcy pierścieni Jacksona. Tyle że, no... posiada jeden słaby element, który ciągnie film w dół, niestety. Ale jeśli dacie radę przymknąć na to oko, to czeka Was niezła jazda.

Zła królowa, która nosi tu imię Ravenna, jest w tej wersji mistrzynią złej magii, potrafi tworzyć fantomy, iluzje, zamieniać się w stado kruków i cholera wie co jeszcze. Śnieżka jest całkiem silną postacią, ma jaja i pod koniec filmu nawet wdziewa zbroję, by wziąć udział w finalnej bitwie (bo jest bitwa, a co). Łowczy jest przefajny, taki sympatyczny nieokrzesaniec, ale z sercem i honorem, ładnie wymiata toporem i nożami. Jest też jakieś książątko, też klawy młodzian, wymiata dla odmiany za pomocą łuku, czyli robi za śnieżkowego Legolasa. No i krasnoludki wreszcie, które przybrały tu postać krasnoludów raczej (w oryginale w nazwie nie ma różnicy, ale polscy fani fantasy wiedzą, że różnica jest), czyli są rubaszne, niepoprawne i lubią bijatyki. Wszystko to zaś okraszone jest wspaniale zrobionymi motywami również rodem z fantasy, czyli pojawia się wielki troll, mroczny, żyjący las tętniący złem, drugi las, dla odmiany pełen dobrej magii, jest bitwa i mniejsze potyczki... Jest wszystko co trzeba. A strona wizualna to taki miód, że proszę siadać, np. wspomniane leśne sanktuarium to najlepszy magiczny las, jaki w życiu widziałem.

Aktorsko też jest w większości świetnie; Charlize Theron kradnie cały film jako Ravenna, a po piętach depczą jej Hemsworth (Łowca) oraz epicka ekipa masterów jako krasnoludy: Ian McShane, Ray Winstone, Bob Hoskins, Nick Frost... Jest na co popatrzeć. Ale gdzie tu sama Śnieżka, zapytacie. I tu jest pies pogrzebany, bo właśnie Śnieżka, czyli Kristen Stewart, to ten wspomniany na wstępie słaby element filmu. Panna owa jest po prostu nijaka, nie przez cały czas na szczęście, ale wystarczająco często. Ma też pewien szczegół urody, który moim zdaniem kładzie ją jako aktorkę: martwe oczy. To znaczy przez jedną połowę czasu są martwe, a przez drugą - zbolałe. No i posiada nasza "Bella" sporo drewnianych po prostu scen. Nie wiem, jak ona grała w Zmierzchu, ale zamierzałem dać jej szansę, bez hejtowania związanego z jej najsłynniejszą rolą. Niestety szansę ową zmarnowała i trochę popsuła mi film, bo to w końcu główna bohaterka... Na szczęście wszystko inne wynagradza mi ten jeden zgrzyt.

Ogólnie polecam bardzo, naprawdę dobry i wysokobudżetowy film fantasy, a to jednak rzadkość w kinach dzisiaj, tylko Conan był rok temu (Harry'ego Pottera nie liczę). Po sukcesie Władcy pierścieni liczyłem na wysyp fantasy na dużym ekranie, a tu nadal posucha. Królewna Śnieżka i Łowca ładnie wypełnia tę próżnię, przynajmniej troszeczkę... Dobry film.

piątek, 21 września 2012

FILM: "The Amazing Spider-Man"

"The Amazing Spider-Man" (The Amazing Spider-Man) (2012)
Reżyseria: Marc Webb
Scenariusz: James Vanderbilt, Alvin Sargent, Steve Kloves
Obsada: Andrew Garfield, Emma Stone, Rhys Ifans, Denis Leary, Martin Sheen, Sally Field

© Marvel Entertainment / Columbia Pictures 2012
Co tu dużo gadać, byłem sceptycznie nastawiony do tego rebootu. Lubiłem wizję Raimiego i żal mi było zmiany obsady i reżysera. Jako fan Pajączka musiałem jednak do kina się wybrać i dać szansę nowej wersji. No i, cholera, muszę powiedzieć, że obecnie trylogia Raimiego wydaje mi się miałka, a nowa odsłona kupiła mnie całkowicie, choć idealna nie jest. Panie i panowie, oto The Amazing Spider-Man.

Tak naprawdę to reboot wygrywa z dziełem Raimiego w większości aspektów; dopiero kiedy mam porównanie widzę, że filmy z Maguirem, Dunst i całą resztą są, no, nienajlepsze. To znaczy akcje ze Spider-Manem i jego adwersarzami są świetne, ale część, że tak powiem, obyczajowa, jest łzawa i nudna... Jedynym wyjątkiem była historia Octaviusa w drugiej części oraz Sandmana w trzeciej. A są to przecież czarne charaktery. Relacje Parkerów, Mary Jane (totalnie zjebana postać u Raimiego) oraz Harry'ego Osborna są pozbawione ikry niestety, a sam Peter to płaczliwa ciota oraz fajtłapa (a powinien być raczej nerdem i outsiderem).

Tymczasem reżyser Marc Webb zrobił wszystko jak należy, Parker nie jest pizdą, Gwen Stacy daje radę i nie trzeba jej ratować co pięć minut, wujek Ben rozmawia jak człowiek, a nie tylko prawi morały. Strona obyczajowa jest ciekawsza, są tarcia między Peterem a wujostwem, Parker bywa czasem dupkiem, musi dojrzeć itd. Jest to też mroczniejsze, bardziej nowoczesne i przekonujące. Od strony technicznej jest również miodzio, już w poprzedniej trylogii było pod tym względem naprawdę dobrze, ale wydaje mi się, że nowi twórcy lepiej wykorzystują gibkość i szybkość Spideya (Garfield jest zresztą chudy, co bardzo pasuje). Sceny akcji są naprawdę wypasione, a w dodatku okraszone czasem (choć też rzadko, ale częściej, niż u Raimiego) jakimiś sucharami Parkera (wreszcie!). Dr Connors daje się lubić i ma zrozumiałą motywację, choć jego "filozofia" po przemianie w Lizarda jest nieco polewkowa, no ale czego ja oczekuję od dwuipółmetrowego jaszczura. Dla fanów rzucono też parę smaczków w postaci sieciosplotów tradycyjnie będących sztucznym tworem i dziełem geniuszu Petera, wzmianki o Oscorp i Normanie O. (zapewne villain w sequelu). Brak J.J. Jamesona, co trochę boli, ale w sumie Parker jeszcze na tym etapie kariery fotografa nie zaczął... Ogólnie dobrze jest.

Ale jest jeden szkopuł. Niestety widać, że film wpadł w łapy wytwórni, która go niemiłosiernie pocięła. W rezultacie mamy tu niedokończone wątki, jak choćby motyw poszukiwania przez Petera zabójcy wuja Bena, kompletnie urwany w pewnym momencie. Albo pewne rzeczy dzieją się ot tak, znienacka, bez żadnego wprowadzenia, jak choćby związek Parkera i Gwen, który ma jakiś tam początek, ale rozkręca się podejrzanie szybko, oraz - co rzuca się w oczy nawet mocniej - wątek Flasha Thompsona, który przez cały film jest wrogiem naszego bohatera, by znienacka w końcówce być jego kumplem... Jest tam, owszem, jedna scena, gdy składa Peterowi kondolencje po śmierci wuja, ale to nieco za mało jak dla mnie. Ogólnie wygląda na to, że sporo tu powycianano niestety, co szkodzi filmowi. Liczę na wersję reżyserską.

Tym niemniej nowy Spider-Man jest naprawdę zacny, nowy kierunek bardzo dobrze zrobił moim zdaniem tej marce. Niech kontynuują, niech robią sequele - jeśli będą one na podobnym poziomie, co niniejszy reboot (lub lepsze!), to ja będę hepi. Jakby tek jeszcze prawa do ekranowego Pajączka wróciły do Marvela, ech, marzenia...

czwartek, 20 września 2012

FILM: "Faceci w Czerni 3"

"Faceci w Czerni 3" (Men in Black 3) (2012)
Reżyseria: Barry Sonnenfeld
Scenariusz: Etan Cohen
Obsada: Will Smith, Tommy Lee Jones, Josh Brolin, Jemaine Clement, Michael Stuhlbarg, Emma Thompson

© Amblin Entertainment / Columbia Pictures 2012







Z więzienia ukrytego na Księżycu ucieka Boris, straszny skubaniec, którego Agent Kay wpakował do pierdla w latach 60-tych. Kryminalista pała żądzą zemsty na agencie, zwłaszcza, że ten ostatni przy okazji złapania Borisa udaremnił też zaaranżowaną przez niego inwazję obcych na Ziemię. Nasz czarny charakter przenosi się więc w czasie o cztery dekady, by zapobiec złapaniu samego siebie, a zarazem zabić Kaya. I chyba mu się udaje, bo Kay nagle znika w naszej rzeczywistości, i nikt go nie pamięta; zupełnie, jakby nigdy nie istniał. Agent Jay musi więc podążyć za nim, również w kolorowe lata sześćdziesiąte...

Najzabawniejsze, że w zasadzie spodziewałem się chałtury i odcinania kuponów, bo Sonnenfeld od dawna nie miał kasowego hitu i pomyślałem, że chce w prostacki sposób podreperować kieszeń, kręcąc kolejny sequel czegoś, co mu kiedyś wyszło. Czyli, krótko mówiąc, nie oczekiwałem niczego dobrego. Ale cóż, na poprzednich częściach Facetów w Czerni byłem w kinie, to pomyślałem, że podtrzymam tradycję. I doznałem szoku, bo MiB 3 okazało się filmem znakomitym, o wiele lepszym od dennej dwójki, i co najmniej na poziomie części pierwszej. Serio.

Owszem, pierwsze pół godziny jest nierówne, nieśmieszne (gag z Emmą Thompson na pogrzebie Zeda, zgroza), dialogi bohaterów się jakoś nie kleją... Jedynie strzelanina w orientalnej knajpie jest fajna. Reszta nastraja raczej pesymistycznie, aż do momentu, gdy Jay skacze w przeszłość, bo od tej chwili film nabiera rumieńców, że hej. No to po kolei. Świetne są wszelkie smaczki, obrazujące specyfikę lat 60-tych, wygląd organizacji MiB z tamtych czasów, perypetie Jaya jako czarnego, dostatnio ubranego kolesia w epoce aktualnych jeszcze podziałów rasowych... Bombowy jest motyw z Andy Warholem. Cudowny jest Griffin, zakręcony alien, który przebywa równocześnie we wszystkich liniach czasowych i słabo rozróżnia przeszłość, teraźniejszość i przyszłość - wszystkie sceny z nim są znakomite. Obsada bez zarzutu, Smith taki jak zawsze (to nie minus!), Lee-Jones już wyraźnie zmęczony (prawidłowo), Brolin świetnie wypadł jako młody Kay. Dodatkowo wreszcie dowiadujemy się więcej o tym ostatnim, okazuje się nawet, że w młodości już jego życie splotło się z życiem jego czarnoskórego partnera... Wszystko to jest po prostu dobrze zrobione, dobrze zagrane, śmieszy, wzrusza i ogólnie daje radę. Brak wprawdzie dużego potwora na końcu, jak to było dotąd w tej serii, ale nie przeszkadza to wcale. Polecam bardzo.

PS. Efekty 3D jak zwykle naciągane i niepotrzebne, ale z jednym wyjątkiem: Skok Jaya w czasie był absolutnie rewelacyjny, zarówno pod względem zawartości sceny, jak i jakości 3D.