czwartek, 7 grudnia 2017

FILM: "Szybcy i wściekli 8" (The Fate of the Furious, 2017)

© Universal Pictures 2017
Rok 2017 to rok, w którym nadrobiłem wreszcie całą serię Szybkich i wściekłych. Kiedyś tylko jedynkę widziałem, a potem zlałem te filmy, bo nie jestem fanem motoryzacji. Niby gdzieś tam mi się obiło, że w kolejnych częściach (zwłaszcza od piątki) jest coraz więcej akcji innego rodzaju, ale jakoś nie obejrzałem, aż do teraz. Naszło mnie tej wiosny, bo kinowa premiera ósemki się zbliżała - stwierdziłem, że nadgonię.

I nagle stałem się wielkim fanem tej serii :)

Powaga, wielkim. I to nie przez wyścigi (dłuższe mnie nudzą), nawet nie przez mordobicia i strzelaniny (to mnie nie nudzi!), tylko dlatego, że... polubiłem postacie. Bardzo. Wręcz się, cholera, do nich przywiązałem. Od czwórki ogląda się to jak sagę rodzinną i ja to, o dziwo, łykam. Dodatkowo nie mam nic przeciwko brakowi realizmu, głupotkom i coraz bardziej przegiętym scenom akcji, w które te filmy obfitują. Czyli wyszło, że to franczyza w sam raz dla mnie.

Kiedy byłem na etapie części siódmej, przeżyłem sporą niespodziankę. Wiedziałem oczywiście o tragicznej śmierci Paula Walkera (wcielał się w Briana, jednego z dwóch najważniejszych bohaterów), ale nie czytałem wcześniej spoilerów i do ostatniej chwili byłem przekonany, że twórcy gdzieś dopiszą do scenariusza śmierć jego postaci. O dziwo, nie zrobili tego. Zamiast tego on niejako odchodzi z ekipy ze względu na Mię i Jacka (czyli swoja pannę i synka), oraz drugie dziecko w drodze. No i spoko, tyle że, skoro seria jest kontynuowana, to jak wyjaśnią jego nieobecność? Przecież w tych filmach nawet mało znaczące postacie ciągle wracają jako cameo, a ktoś tak ważny jak Brian miałby już się nie pokazać? Dziwnie trochę, myślałem sobie, ale do tego jeszcze wrócimy.

(BTW, ostatnia scena przed napisami, czyli symboliczne pożegnanie z Pulem Walkerem, jest po prostu piękna. Jak zobaczyłem samochody Briana i Doma rozjeżdżające się w dwie różne strony... O matko. Rozwaliło mnie to na kawałki. Lepiej się tego zrobić nie dało).

Przejdźmy jednak do części ósmej. Jest tak samo dobra jak poprzednie, powiedzmy, trzy części. To te same klimaty, jeśli więc ktoś lubi tę serię, przymyka oczy na nielogiczności, a Brian i Mia nie byli jego ulubionymi bohaterami, to polecam!

Znów wymyślili w tym filmie rzeczy, których nigdy nie widziałem nigdzie - pomysłowość twórców w kwestii obmyślania nowych, szalonych scen akcji jak dotąd nie ma sobie równych. Wymięka Bond, wymięka Mission: Impossible (choć jest blisko), wymięka Resident Evil. Szanuję.

Kwestii braterskich, rodzinnych i przyjacielskich jest... tyle co zwykle, choć w nowym wydaniu. Jeśli więc oglądacie tę serię również dla nich - jest dobrze.

Nowe postacie są świetne, powroty starszych również. Charlize jak zwykle przezajebista, uwielbiam tu jej sposób mówienia, barwę głosu i akcentowanie pewnych rzeczy, takim prawie szeptem. Jest cudna, i tylko szkoda, że w jej urodzie ubywa naturalności. Hivju było trochę mało, no ale przy takiej obsadzie ciężko błyszczeć. Helen Mirren jak zwykle wspaniała. Ponoć sama chciała zagrać w tej serii, chyba dla funu. No a młody Eastwood? Well, to drugi film, jaki z nim widziałem, i powiedziałbym, że wyrabia się aktorsko. Był ok.

Poniżej trochę spoilerów i moje luźne uwagi do niektórych aspektów filmu.
 
Przyznam, że twórcy poszli jeszcze bardziej w stronę telenoweli, niż dotąd. Ale nadal mi się podoba! Syn Doma i Eleny? Nieźle. Tej ostatniej szkoda bardzo, lubiłem ją od początku. No ale czasem trza kogoś w serii ustrzelić, bo inaczej ciężko byłoby powsadzać wszystkich do każdego filmu.

Czy Dom naprawdę nie mógł im powiedzieć dlaczego to robi? Choćby w tym zaułku z Letty. Wystarczyłyby dwa zdania: Elena i ja mamy syna. Cipher ich ma. I już. A ekipa przynajmniej wiedziałaby, że Dom nikogo nie zdradził. No ale oczywiście, jak nic nie wiedzieli, to było dramatyczniej, co?

Wybielanie Deckarda Shawa (Statham) jest nieco dziwne. W siódemce przedstawili go jako zimnego skurwiela, zabójcę z sił specjalnych, małomównego raczej. A tu nagle okazuje się, że to niezrozumiany bohater, troszczy się o rodzinę (no, już poprzednio poczuwał się do zemsty za brata, więc ok), i w dodatku się rozgadał. Jego scena z małym Brianem jest przeurocza, ale WTF? Nie zrozumcie mnie źle, ja uwielbiam Stathama, cieszę się, że dołącza do drużyny, ale mogli może spowolnić nieco proces jego dopasowywania do reszty.

I teraz wrócę do wątku nieobecności Paula Walkera w tej (i kolejnych zapewne) częściach. Na finalnym rodzinnym poczęstunku naprawdę brakuje Briana i Mii. Ech. Nawet nie o to chodzi, że ja tej serii bez Walkera nie widzę, bo widzę. Po prostu te postacie tam powinny być, zgodnie z wymową całej serii. Ciekawe jak długo uda się twórcom unikać tematu Briana - tu była tylko jedna mała wzmianka.

Tyle moich uwag. Ogólnie polecam, dla fanów serii rzecz obowiązkowa!

FILM: "Obcy: Przymierze" (Alien: Covenant, 2017)

© 20th Century Fox 2017
W okolicach premiery Facebook i w ogóle internet bombardowały mnie opiniami, że Covenant jest przechujowy. Unikałem spoilerów, ale nawet nagłówki o tym krzyczały. Nie czytałem całych postów/artykułów, tylko podsumowania, ale to było wszechobecne. Jedynie kilka głosów dawało nadzieję. Poczytałem Alienhive, poczytałem AVPGalaxy... Niektórym film bardzo siadł, więc po prostu nastąpił duży rozstrzał opinii. Pytanie brzmiało, jak film spodoba się mnie.

Wcześniej w ramach przygotowań przypomniałem sobie Prometeusza, którego nadal bardzo lubię, mimo wad. Po fali hejtu na ten film, która przewala się do dziś, ja powiem tak: Prometeusz nie jest dziełem na miarę możliwości Scotta, ma duże wady, ale plusy i tak przeważają. Dziś dałbym mu spokojnie 6-7/10. I to takie mocne.

A Covenant? Covenant jest o wiele lepszy. Spójniejszy, bez rzucających się w oczy błędów logicznych i głupich zachowań bohaterów (te które są, potrafię łatwo wyjaśnić). Porzuca część rozważań filozoficznych o stworzeniu na rzecz czegoś o wiele bardziej... złowieszczego, karykaturalnego, wypaczonego (mówię o Davidzie ofkors). I to działa, bo to świetny materiał na horror. To znaczy film ma nadal sporo elementów nad którymi warto pomyśleć, tyle że są one bardziej ukryte, niż w Prometeuszu. Kwestia tworzenia, zarówno sztuki, jak i życia, jest tu właściwie nadal prominentna.

Bardzo podoba mi się pomost między Prometeuszem a pierwszym Alienem, w postaci "wkładu" Davida. I bardzo podoba mi się kierunek, w którym film poszedł - jest troszkę filozofii, ale w sam raz. Jest s-f, oczywiście. I jest dużo, dużo horroru, a nawet slashera. Ale najlepsze jest to, że prawdziwym potworem nie jest tu Kseno- ani Neomorf, tylko wiadomo kto.

O ksenomorfach zawsze mówiono, że to organizm doskonały, ostateczna forma ewolucji. I tu możemy się dowiedzieć, kto tą formę życia faktycznie stworzył i dlaczego... I nie jestem tym zawiedziony, wręcz odwrotnie.

Niedopowiedzenia są wg mnie siłą tego filmu. W Prometeuszu mieliśmy dużo nowych informacji o uniwersum, niestety stawiały one na głowie to co wiedzieliśmy wcześniej i rodziły więcej pytań. Tu kompletnie nie jest pociągnięty wątek Inżynierów - nadal nie wiemy kim są, czego chcą i w ogóle prawie ich nie ma. I dobrze! Wolę nie wiedzieć za dużo o nich, tak jak w pierwszym Alienie (tajemniczy Space-Jockey).

Losem Elisabeth Shaw też nie jestem rozczarowany. Jasne, naprawdę lubiłem tę postać, ale to jak to tu z nią rozwiązali... jest ok. Pasuje do wymowy filmu i całokształtu... Davida.

Wady? W moich oczach niewiele. Raz, że są drobne głupotki (przykład: skąd papier wziął David na tym zadupiu, skoro przylecieli obcym statkiem i mieli zero ziemskiej technologii pod ręką?). Dwa, że powtarza się sporo motywów z poprzednich części, choć na szczęście nie w sposób irytujący. Trzy, że zakończenie można było przewidzieć z dość dużym wyprzedzeniem, acz i tak podane to zostało poprawnie i zastrzeżeń nie mam. I to tyle, na ten moment innych wad nie widzę, reszta mi bardzo siadła.

Oczywiście aktorstwo i strona wizualna to ekstraklasa, więc nie mam za bardzo czego pisać. Fassbender to mistrz i tyle, reszta nie odstawała.

Kończąc: jestem niesamowicie zadowolony. Spodziewałem się popłuczyn, a dostałem film, który pod względem jakości umieściłbym spokojnie gdzieś w okolicach Aliena 4 (którego, żeby było jasne, uwielbiam, choć nie tak, jak pierwsze dwa). Mam nadzieję, że Ridley naprawdę domknie trylogię, bo napaliłem się na kolejną część niesamowicie.

A co do tej fali negatywnych opinii... Cóż, o gustach się nie dyskutuje, o ile oczywiście to są wszystko rzetelne własne opinie, a nie owczy pęd i instynkt stadny.

KSIĄŻKA: James Luceno - "Star Wars: Katalizator"

© Del Rey / GW Foksal 2016
Jestem fanem Star Wars od ponad trzydziestu lat, jeszcze od wczesnego dzieciństwa. Wkręcony jestem w to uniwersum do tego stopnia, że filmy mi nie wystarczają i od lat siedzę też w temacie starwarsowych książek, komiksów i gier. Kiedyś tworzyły one razem jeden w miarę spójny kanon, który nieźle poznałem i bardzo lubiłem, ale od przejęcia marki SW przez Disneya wiele się zmieniło i dotychczasowe rozszerzone uniwersum zostało przez obecnych włodarzy uznane za nieaktualne i niebyłe. W jego miejsce zaczęto tworzyć nowe, a wcześniejsze pozycje wrzucono do wspólnego worka z napisem Star Wars - Legendy. Ten nowy kanon na razie jest dość skromny, ale rozwija się jako tako, a ja, mimo przywiązania do starej wersji, postanowiłem jednak go poznawać. Katalizator jest pierwszą książkową pozycją z aktualnego kanonu, za jaką się zabrałem.

Powieść jest bezpośrednim wprowadzeniem do zeszłorocznego kinowego Łotra 1. James Luceno jeszcze w starym kanonie pisywał takie książki (Maska kłamstw wprowadzała do Mrocznego Widma, a Labirynt zła - do Zemsty Sithów) i były one zawsze - nie bez kozery - wysoko oceniane. Mamy tu możliwość dowiedzieć się, jak doszło do wplątania się naukowca Galena Erso (ojciec Jyn, czyli głównej bohaterki Łotra 1) w pracę nad projektem superlasera Gwiazdy Śmierci. Obserwujemy koleje losu rodziny Erso (Galen plus jego żona, Lyra, oraz właśnie mała jeszcze Jyn), która najpierw usiłuje przetrwać Wojny Klonów, a potem odnaleźć się jakoś w nowo powstałym Imperium Galaktycznym. Wszystko to zaś przetykane jest intrygami również znanego z Łotra Krennika, przepychankami o władzę i pozycję między nim, a Moffem Tarkinem (postać znana jeszcze z Nowej nadziei) i opisem kolejnych etapów budowy najbardziej zabójczej stacji kosmicznej w dziejach Galaktyki.

Słowo kluczowe przy omawianiu tej książki to: "KULISY".

Tak jest. Kulisy. Jeśli ciekawi was, na jakich zasadach zakulisowo działają różne rzeczy w uniwersum Star Wars, to ta kniga jest dla was. Luceno przemyca tu multum informacji na temat funkcjonowania najrozmaitszych organizacji w późnej Republice i wczesnym Imperium, mamy komitety, zespoły naukowe, organizacje uczelniane i cholera wie, co jeszcze. Jeśli was to interesuje, łykajcie. Jest to całkiem ciekawe, ale zapewne nie dla wszystkich.

Ogólnie powieść jest bardzo dobra, ale do dynamicznych nie należy. W końcu główni bohaterowie to naukowiec-pacyfista i jego żona, prawda? Akcji trochę mamy, ale nie za wiele. Głównie zapewniają ją Has Obitt (przemytnik taki), Saw Gerrera (rebeliant, był w filmie i kreskówce Wojny Klonów), trochę Tarkin. Mało tego. Ale ja się nie nudziłem zazwyczaj mimo to, bo sam proces powstawania Gwiazdy Śmierci kawałek po kawałku i wszystkie manipulacje Krennika z tym związane były bardzo dobre.

Postacie były niezłe, przy czym Krennic jest niewątpliwie o niebo ciekawszy od Galena, ale ten ostatni daje się lubić. Lyra jest ok, nie mam zastrzeżeń. Mała Jyn Erso rulez. Has jest fajny. A Tarkin... jest dokładnie taki, jak trzeba, wierny filmowym wersjom.

Cieszyły mnie, jak zwykle, smaczki z Prequeli (bo nowy kanon SW wydawał się kiedyś skupiać na okolicach Epizodów IV-VI i zaniedbywał I-III), czyli Mas Amedda, końcówka Wojen Klonów, Geonosis i Poggle, wzmianki o Dooku itp. Do animowanych Wojen Klonów też tu nawiązań nie brakuje, bo było o bitwie na Ryloth, był oczywiście Saw, było o obu bitwach na Geonosis oraz o królowej Geonosjan. To są rzeczy do wyłapania dla fanów uniwersum, ale to głównie do nich są skierowane takie książki, więc wszystko gra.

Katalizator udowadnia, że Luceno nadal pisze najlepsze wprowadzenia do filmów Star Wars, bo to spokojnie poziom Maski kłamstw i Labiryntu zła, tyle że zarazem to o wiele spokojniejsza książka. Jeśli chcecie dużych ilości akcji, to ta pozycja was może odrzucić, ale jeśli lubicie poznawać wspomniane kulisy uniwersum SW, to polecam mocno. Nienajgorszy pierwszy kontakt z książkowym nowym kanonem.

wtorek, 5 grudnia 2017

FILM: "Resident Evil - Ostatni rozdział" (Resident Evil: The Final Chapter, 2016)

© Constantin Film / Screen Gems 2016
No dobra, więc tak. Przypomnę, że już piątka mi nie siadła. Miała za dużo mindfucków i twistów na siłę, bohaterów, których miałem w dupie (poza Alice) i feeling prostackiej gry video, gdzie czuje się, że postacie na ekranie przechodzą z etapu do etapu.

I teraz szósteczka. Wszyscy mówili, że jest słaba w chuj. Well, nie bardzo się pomylili.

Na początek mamy znowu retrospekcję i historię Umbrelli i T-virusa, która, jak mi się wydaje, nie do końca pasuje do tego, co znamy z poprzednich części (retcon?). No ale spoko. Potem zaczyna się właściwy film.

Ja już nie mówię, że szóstka zaczyna się w innych zupełnie warunkach, niż sugeruje zakończenie piątki. Bo gdzieś tam ponoć, w tym Waszyngtonie, Wesker zdradził Alice i zniknęli jej przyjaciele. Czego nie widzimy, ale ok, niech im będzie. Ale kiedy zaczyna się właściwy film, to zarazem zaczyna się też jeden z najbardziej męczących action-festów, jakie w życiu widziałem. Ja pierdolę. Andersona chyba ostro powaliło. Od momentu, kiedy Alice się budzi, mamy non-stop akcję, walki, zadymy, pościgi. I tak przez 2/3 filmu. Rozmowy są krótkie i raczej denne, bohaterowie nie są rozwinięci nawet w podstawowym stopniu (więc wisi mi, kiedy giną, a giną masowo), fabuła jest prostacka. Na dodatek pojawił się rwany montaż w tych scenach akcji, czyli nie da rady się nimi nacieszyć.

Czasami mówi się o filmach, że "akcja goni w nich akcję". Tu nie jest to żadną przesadą, bo dosłownie tak wygląda ten film. Średnio co trzy minuty Alice spotyka nowe zagrożenie i musi sobie z nim radzić, radzi sobie, jest 5 sekund spokoju i zaraz znowu coś się psuje, pojawia się nowy wróg, którego trzeba pokonać, uciec przed nim, czy coś tam. Non-stop.

Ileż można? To jest naprawdę męczące, nawet dla takiego fana kina akcji, jak ja. Wygląda to tak, jakby Anderson postanowił wrzucić do tego filmu wszystkie sekwencje akcji, które kiedyś wymyślił, ale dotąd nie wykorzystał. W efekcie z filmu zostały prawie same sceny akcji, bo na fabułę miejsca zbytnio nie ma. Po półgodzinie seansu dotarło do mnie, że jestem kompletnie obojętny na zmagania Alice z Isaacsem, bo przeładowanie akcją jest takie, że przestałem się skupiać na tym, co się dzieje. I zaczęło to też być przewidywalne: kiedy bohaterowie musieli się przecisnąć między łopatami olbrzymiej wyłączonej turbiny, to powiedziałem głośno Turbina zaraz się włączy i zabije kogoś z nich. I co? Paręnaście sekund później dokładnie tak się stało. Dramatyczność takich scen kompletnie zabiła ich ilość i przewidywalność, plus obojętność widza wobec postaci.

I tak sobie to leci aż do ostatniej 1/3 filmu, kiedy nagle dzieje się cud i tempo zwalnia do... normalnego. Mówię tu o chwili, kiedy Alice dociera do serca Ula i gada z Isaacsem, pojawia się Alicia Marcus, wyjaśnia się kto jest kim itd. I bohaterowie przez chwilę naprawdę rozmawiają, jest jakaś fabuła i twisty (nawet jeśli prostackie). Wow. Niesamowicie odświeżające. To jest najlepszy moment tego filmu, serio.

Potem do końca, mimo kolejnych scen akcji, tempo jest już normalne. Takie, jak powinno być przy finale. Czyli powiedzmy, że ostatnia 1/3 filmu jest... ok.

Co jeszcze było ok? Podobała mi się scenografia zniszczonego Waszyngtonu (czysty Fallout 3) i Raccoon City. Podobał mi się klimat. Podobało mi się, że seria w finale zatoczyła koło i wróciła do Ula (łącznie z wiadomymi laserowymi barierami). Podobały mi się zależności na linii Alice-Red Queen-Alicia Martin. Fajnie, że Claire wróciła, choć była raczej bezpłciowa. No i niektóre sceny akcji i efekty były spoko.

Reszta jest męcząca, prostacka, źle napisana i nieraz niepotrzebnie zmienia wymowę poprzednich części. Słabo, panie Anderson. Rób pan lepiej coś nowego, boś się chyba wypalił. Zrób coś na poziomie Ukrytego wymiaru, jeśli jeszcze potrafisz. Albo chociaż na poziomie Death Race...

Nie żałuję, że nie poszedłem do kina.

FILM: "Król Artur - Legenda miecza" (King Arthur - Legend of the Sword, 2017)

© Warner Bros. Pictures 2017
Na początek dygresja. Rzygać mi się już chce od internetowego krytykanctwa filmów, od cholernych RottenTomatoes i Metacriticów, od owczego pędu wśród publiki, która obawia się mieć inne zdanie niż "poważni krytycy" i gnoi dany film z automatu, bo wszyscy inni już zgnoili (powtarzam się, bo już lata temu o tym pisałem). Król Artur to już któryś film w tym roku, który okropnie mi się podobał i bawiłem się na nim wyśmienicie, a który został w necie zjebany z góry na dół. Choć w jego przypadku przynajmniej publika ośmiela się mieć inne zdanie, niż RT i MC, ale co z tego, skoro film kompletnie na siebie nie zarobił? Czyli ci nieliczni, którzy obejrzeli, są zadowoleni, a cała reszta posłuchała "krytyków" i nie poszła do kina.

Ok, czym jest Król Artur - Legenda miecza? Jeśli jesteście wielbicielami klasycznej wersji legendy arturiańskiej, to od razu mówię: w tym filmie jej nie ma. To po prostu film fantasy, w którym kilku bohaterów ma przypadkiem te same imiona, co postacie we wspomnianej legendzie. Jest też z niej wziętych kilka detali, jak to, że Artur jest synem Uthera, albo patent z wyciąganiem Excalibura z kamienia i motyw Pani Jeziora. Reszta to już kompletnie odrębna wizja twórców. Świat przedstawiony to niby Anglia w średniowieczu, niby są też Wikingowie, ale to wszystko tylko z nazwy - mamy tu natomiast ludzi żyjących obok osobnej rasy Magów, stroje i zbroje nie mają nic wspólnego z realiami historycznymi, prawie wszystko jest fikcyjne. Taki Neverland. Jak się w tym połapałem, to przestało mi to przeszkadzać (bo z początku oczekiwałem jakiej takiej wierności legendzie i może też realiom średniowiecza) i zacząłem skupiać się na samym filmie.

A film jest naprawdę dobry. Fabuła jest niezła i trzyma się kupy, wszyscy aktorzy dają radę (Hunnam mnie kupił), czarny charakter jest świetny (jestem fanem Jude`a od Gattaki, czyli już naprawdę długo, ale on tu miał też dobrze napisaną postać, nie musiał talentem nadrabiać braków scenariusza), film jest bardzo dobrze zmontowany i ma genialne zdjęcia, humor jest ok, dramatyzm też, a finalna walka z głównym złym jest bardzo satysfakcjonująca i dobrze zrobiona od strony CGI (trochę w stylu gier video, ale to nie zarzut).

Ritchie wrzuca tu sporo ze swoich trademarków, tzn. dowcipne dialogi oraz charakterystycznie zmontowane sceny retrospekcji, kiedy ktoś opowiada komuś innemu jakąś sytuację (jeśli widzieliście Porachunki czy Snatcha, to wiecie o co chodzi).

Dostałem tu też zlepek jednych z najbardziej klimatycznych scen, jakie ostatnio miałem przyjemność widzieć w kinie. Początkowa bitwa, sceny z Vortigernem w podziemnej świątyni z dzwonem, ucieczka Artura z egzekucji na oczach tłumu, jego podróż do Dark Lands, krótki motyw z Panią Jeziora, ujęcia z tajemniczym głównym złym... No i lokacje są naprawdę zabójcze. To są niesamowite rzeczy, same w sobie warte ceny biletu. Piękny wizualnie film.

Muzyka też jest mocna jak diabli. Zazwyczaj nie zauważam jej w filmach zbytnio, ale tutaj owszem. I to nie dlatego, że nie pasowała, bo pasowała świetnie. Ale była przy tym tak dobra, że aż rzucała się w uszy.

Ogólnie jestem diablo zadowolony. Znakomite fantasy, w dodatku inne niż reszta, bo z charakterystycznymi wtrętami reżysera. Technicznie cudo, fabularnie bez zgrzytów, aktorsko wysoka półka. No bajka po prostu. I tylko żal, że taką klapę film zrobił, bo nie zasłużył na to absolutnie. Jebać krytyków i ciemne masy, które za nimi idą, zamiast wyrobić sobie własne zdanie.

FILM: "Dunkierka" (Dunkirk, 2017)

© Syncopy Inc. / Warner Bros. 2017
Chris Nolan postanowił nakręcić kino wojenne. No i zajebiście, powiedziałem sobie, bo cenię sobie filmy tego pana. Nie jest takim geniuszem, jakim wielu w internecie chciałoby go widzieć, ale jest naprawdę solidnym reżyserem z własną wizją. Zapowiadało się więc ciekawie, i ciekawie wyszło. Nie spodziewałem się jednak, iż głównym bohaterem Dunkierki będzie... muzyka.

Dawno nie słyszałem tak niepokojącego score`a. Jest masakryczny po prostu. W ogóle rzadko zauważam muzykę w filmach, co najwyżej jakieś główne motywy, ale tutaj... Nie dało się jej nie zauważać. Miazga. Pasowałaby bardziej do jakiegoś horroru, słowo daję. Dopełnia całość bardzo.

A sam film jest przytłaczający. Ponury niesamowicie, z przebitkami nadziei. Mocny. Zapadający w pamięć.

Ale dla mnie prawdopodobnie na jeden raz.

Bo radości z oglądania nie ma prawie żadnej, nie ma widowiskowej batalistyki, nie ma nic, co dostarczałoby zwykłego funu. Jest... przeżycie. Dość intensywne, ale męczące nieco. I to nawet mimo tego, że film jest okropnie krótki jak na Nolana. Oczywiście nie każdy film musi dostarczać funu, do poważnych filmów przecież nieraz wracam, ale czy do Dunkierki? No właśnie na ten moment wątpię.

Ciekawą decyzją było nakręcenie całości w pełnym oldschoolu, tzn. mówię o zdjęciach. Bardzo konserwatywne, kompletnie nie epatujące dzisiejszymi technikami, nie nastawione na efekt "wow". Minimalistyczne wręcz. Mogłyby chyba powstać w latach 60-tych lub 70-tych i różnica nie byłaby duża. Interesujące i szanuję.

Nie szanuję natomiast tego, że film nie ma... klimatu retro. Ja tam niemal w ogóle nie czuję tych lat 40-tych, wszystko wygląda jakoś... nie tak. Zbyt nowocześnie. Trafiają się tu niepodretuszowane elementy współczesnej architektury! Lenistwo straszne. Reżyser o takiej renomie nie powinien sobie pozwalać na takie niedoróbki.

Aha, na plus jeszcze ten motyw, że przez cały praktycznie film nie widzimy ani jednego Niemca. Latają ichnie samoloty, ale nie widzimy niemieckich pilotów... A na końcu ci dwaj, którzy łapią Toma Hardy`ego, są rozmazani jak duchy. Też interesujące.

Ogólnie cieszę się, że zobaczyłem, przeżycie jest. Muzyka niesamowita i do niej chętnie wrócę. Ale do całości - niekoniecznie.

FILM: "Valerian i Miasto Tysiąca Planet" (Valérian et la Cité des mille planètes, 2017)

© EuropaCorp 2017
Komiksy czytałem lata temu, tzn. te cztery albumy, które na początku lat 90-tych wyszły w Komiksie-Fantastyce, i potem ten jeden, który w odcinkach dał Egmont w Świecie komiksu. Tych nowych albumów zbiorczych z całą serią, które teraz u nas wydano, niestety nie kupiłem. Przynajmniej na razie... Ale powiedzmy, że można mnie nazwać fanem serii, albo sympatykiem chociaż.

I jako sympatyk Valeriana, a także wielki fan Piątego elementu, space-oper ogólnie i europejskich komiksów SF (Armada rulez) powiem tak: naprawdę fajny film. Nie idealny, ale udany. Parę rzeczy bym zmienił, i o nich tu najwięcej napiszę, ale większość mi się podobała bardzo.

Zacznijmy od tego, że przydługi był wstęp z planetą Mul. Jasne, fajnie się to oglądało, ale tempo filmu spadło okropnie. Na samym starcie. Skróciłbym to. Druga sprawa: przekomarzanki bohaterów chwilami napisane naprawdę niezgrabnie. Na szczęście chemia między nimi była, ale i tak były momenty, które zgrzytały mi poprzez sposób napisania dialogów. Najbardziej chyba kiedy Laurelina dociera do rozbitego SkyJeta Valeriana i na końcu, kiedy przekonuje go "miłością" do oddania Konwertera. Blech. Dalej: urwane wątki, np. pan boss świata przestępczego, który mówi Agencie Valerian, zapamiętam cię... i zabiję. I... to tyle? Słabo. No i na koniec beznadziejna śmierć Bubble. Naprawdę? Ja już nie wspominam, że to moja ulubiona postać z całego filmu i chciałbym, by uczestniczyła w wydarzeniach do końca, ale... serio? W taki sposób? Cała scena "pożegnania" z nią była przez to dla mnie jakaś taka z dupy.

Reszta filmu bardzo spoko. Cara Delavigne jest naprawdę ok, widzę w niej tę Laurelinę. Z Dane`em DeHaanem gorzej, nie do końca czułem, że to ten koleś z komiksów. Bubble (Rihanna) i tak miecie wszystkich. Postacie ogólnie fajne, wizualnie miazga (czuje się tę europejską kreatywność, bo w USA wsio wygląda ostatnio tak samo, a Valerian się pięknie odróżnia), dużo smaczków, humor niczego sobie, fabuła prosta, ale sensowna. Targowisko i cała sekwencja na nim to absolutny majstersztyk, warto iść dla niej samej. Rutgera Hauera za mało, Ethana Hawke'a w sam raz, Clive Owen jako czarny charakter nie do końca wredny, ale chyba wystarczająco. Muzyki nie pamiętam.

Jestem zadowolony. Szkoda, że film nie zarabia, ale Bessona chyba pojebało, żeby premierę ustawiać w okolicy Spider-Mana, Dunkierki i Planety Małp, mając markę szerzej nieznaną poza kilkoma krajami Europy. Natomiast dzięki sprytnym zagraniom finansowym Bessona całość ponoć zwróciła się w dużym stopniu jeszcze przed premierą, więc straty nie ma. Może więc doczekamy się sequela.

FILM: "Thor: Ragnarok" (2017)

© Marvel Entertainment, LLC 2017
Popatrzcie na ten plakat. On naprawdę dobrze oddaje to, jaki jest Thor: Ragnarok. Nieźle, co?

Z tych, powiedzmy, lżejszych filmów z MCU (Strażnicy Galaktyki 1 i 2, Ant-Man), nowy Thor jest absolutnie najlepszy. Lubię wszystkie te filmy, ale nowe dziecko Taiki Waititiego wg mnie je przebija.

Ragnarok mnie niesamowicie pozytywnie wkręcił, jest to cudowne kino rozrywkowe i komiksowe, choć na pewno w żaden sposób nie świeże. W końcu to tylko kolejny film Marvela, koła nie wynalazł, ani nic. Ale zabawa jest świetna, bo chyba są tu perfekcyjne proporcje między epickością i humorem. Ze szczyptą refleksji.

Humoru jest ilość wręcz kosmiczna, ale o ile w Strażnikach 2 uważałem to za przegięcie, to tutaj mi nie przeszkadza. Ciekawe. Czyżby Waititi robił to lepiej, niż Gunn? W każdym razie jest ten humor jakby inny, niż w Strażnikach. Jakoś lepiej mi siadł, niż w drugiej części tamtego filmu.

Główny zarzut z mojej strony to olewka w temacie przyjaciół Thora. Poświęcono im jakieś 30 sekund, zginęli i nara. Zero żalu po nich u kogokolwiek. Słabe to trochę, bo to ważne postacie w Asgardzie. Drugą sprawą jest to, że jeśli jesteście na przykład fanami mitologii nordyckiej i chcielibyście poważnego/epickiego ukazania Ragnaroku, to... nie w tym filmie. Nawet biorąc pod uwagę, że to nie jest oryginalna mitologia nordycka, tylko jej marvelowa wersja, to i tak nie dostajemy w temacie Ragnaroku prawie nic. Trochę jednak szkoda.

Ale poza tym rewelka. I łączenie wątków z poprzednimi filmami wychodzi im już znakomicie, smaczki były świetne. Cameo - same rewelacje. Muzyka generalnie super. A Cate chyba naprawdę dobrze się bawiła. Goldblum raczej też ;)

Bardzo, ale to bardzo godny polecenia dla fanów. Myślę, że trafi u mnie do czołówki produkcji Marvel Studios. Ale poważnej wersji ukazanych tu wydarzeń, takiej bardziej w stylu Thora 1 i 2, też bym chciał. Jednak.

FILM: "Liga Sprawiedliwości" (Justice League, 2017)

© Warner Bros. Entertainment Inc. 2017
Bawiłem się świetnie. Cały film ogląda się jak randomowy odcinek animowanego serialu Justice League, co dla mnie jest dużą zaletą. Jest bardzo komiksowo, co ma zarówno plusy, jak i minusy, no i faktycznie upodobniło się to mocno do filmów MCU, ale ogólnie jest przyjemnie. Jako fan uniwersum i tych postaci, jestem zadowolony. Całość jest daleka od ideału, oczywiście, ale nie narzekam.

Największe dwie wady filmu to słabe momentami CGI oraz nijaki czarny charakter. A także CGI czarnego charakteru ;) Serio, Steppenwolf ma tak zjebaną mimikę oraz synchro gadki z ruchem ust, że aż żal bierze. A jest to postać, którą często pokazują na zbliżeniach niestety. Aż szkoda tego fajnego głosu Hindsa, choć teksty napisali mu sztampowe do wyrzygu. Reszta CGI też momentami odstaje od współczesnego standardu, na szczęście nie przez cały czas.

Poza tym fabuła jest prościutka (no mówię: w sam raz na dwu-trzyodcinkową historyjkę w animowanym JL), a backstory Steppenwolfa i Motherboxów to najbardziej oklepana komiksowa sztampa, jaka może być.

Natomiast i tak bawiłem się świetnie, bo film wg mnie ciągną w górę postacie pozytywne i interakcje między nimi. I na tym polu JL błyszczy. Jest tu też sporo dobrego humoru, takiego nieprzegiętego. Oczywiście przez to całość traci ten pieczołowicie wyrabiany przez poprzednie DCEU mrok, ale myślę, że wychodzi jej to na dobre. Mrok jest spoko w solowych filmach, ale przy drużynowych oklepkach chyba bym go nie chciał.

Więc mamy kolorowy i raczej lekki film komiksowy z fajnymi bohaterami, humorem, sztampową fabułą i dennym villainem. Czyli faktycznie mocno pod MCU, ale ta formuła się tu po prostu sprawdza.

Trochę luźnych impresji:
- Affleck nadal daje radę jako Bats, Irons jako Alfred nadal wymiata;
- Flash jako comic relief mi pasuje, jest uroczy w sumie, no i ma tę samą rolę co Flash (Wally) w animowanym JL;
- Wonder Woman jest zajebista jak zawsze <3
- Cyborg mi nawet przypasował, zwłaszcza jego głos i spokój. Myślałem, że będę miał go w dupie, ale nie;
- ...choć nadal wolałbym któregoś Green Lanterna lub Martian Manhuntera zamiast Cyborga;
- Aquaman jest super, ale nie słuchajcie mnie, bo od dawna mam man-crush na Jasona Momoę :D
- A propos Momoi, on powinien grać Lobo, byłby idealny <3
- nowy James Gordon bardzo spoko, ale w końcu to Simmons, to niczego innego nie należało się spodziewać;
- Wzmianka o Darkseidzie była interesująca, pewnie chcieliby go wprowadzić jako główne zło w typie Thanosa w MCU, ale na razie DCEU ma niepewną przyszłość, więc nie wiem, czy zobaczymy Darkseida;
- Superman jest wreszcie taki, jak trzeba, ewidentnie najfajniejszy ze swoich dotychczasowych występów, szkoda w sumie, że go więcej nie było;
- Scena budzenia Clarka i zadyma pod pomnikiem to naprawdę zajebioza;
- WTF is Nightcrawler? Dziwne zabawki dają Wayne`owi w tym uniwersum...
- Joe Morton znów gra naukowca, który bawi się czymś, czym nie powinien (Miles Dyson z Terminatora 2);
- Sceny akcji ogólnie dają radę koncepcyjnie i choreograficznie, np. próba wywiezienia Motherboxa z dala od Steppenwolfa przez Amazonki była super... Tylko CGI czasem szwankuje w takich scenach;
- Muzyka Elfmana ma swoje momenty, które zauważyłem głównie na napisach końcowych, bo w filmie niezbyt ;) Smaczek z Batman Theme jego autorstwa jest git;
- Deathstroke jak najbardziej na plus, tylko nie wiem, czy się go doczekamy, biorąc pod uwagę kondycję DCEU;
- szkoda, że Batman nie miał tak zajebistej sceny akcji, jak w BvS w magazynie, ale cóż.

Tyle chyba. Ogólnie jestem dość zadowolony. Szkoda, że film nie zarabia, ale może Warner się wreszcie czegoś nauczy. Tyle że ja nie chciałbym pogrzebania całego DCEU, nawet mimo tego, że filmy są średnie. Za bardzo lubię to uniwersum.

SERIAL: "Stranger Things" - Sezon 2 (2017)

© Netflix 2017
Sezon drugi to wg mnie rewelacja nie mniej niż pierwszy, a przy okazji wszystkiego jest więcej - bohaterów, wątków, nawiązań do 80`s, muzyki z 80`s. Jako fan(atyk) tej dekady jestem zachwycony.

Sean Astin (bo Goonies) i Paul Reiser (bo Aliens) wypadli w moim przekonaniu świetnie, a ich bohaterowie okazali się nie tym, czego się pierwotnie spodziewałem. Wątek podróży Elle/Jane mi się bardzo spodobał, jej przemiana w badassa również (słowo daję, że jej przygoda z gangiem Kali strasznie mi przypomina Ciri u Szczurów w wiedźmińskiej sadze). Nowe zagrożenie jest bardzo klimatyczne. Nowe shipy i trójkąty dają radę, Steve jest coraz fajniejszy (szkoda mi go, skołujcie mu dziewczynę, guys), dzieciaki są super (choć Mike mnie nieco drażnił chwilami), Nancy i Jonathan trzymają poziom, szeryf Hopper rządzi. Max i Billy są ciekawi. Gust muzyczny tego ostatniego naprawdę zrobił mi dobrze.

Smaczki są super, poza oczywistymi Ghostbustersami i Terminatorem był Michael Myers i Jason Voorhees, cytaty z Aliens i na upartego z drugiego Indiany (nieporadne zaloty Nancy i Jonathana). Miałem też skojarzenia z It (książkowym, bo nowej ekranizacji jeszcze nie widziałem). O nawiązaniach do Dungeons & Dragons nawet nie wspominam.

Muzyka to była rewelacja. Oprócz genialnego synthowego score`a mamy tym razem naprawdę masę mniej i bardziej znanych kawałków z 80`s (ktoś chyba rzucił hajsem na licencje), są tak grube rzeczy jak Scorpions, Megadeth, Cyndi Lauper czy Pat Benatar. Miazga dla wielbicieli epoki.


Ogólnie czekam bardzo na ciąg dalszy, chyba bardziej, niż po pierwszym sezonie. Na pewno wróci Kali i doktorek. Wincyj!

poniedziałek, 4 grudnia 2017

SERIAL: "Marvel's The Punisher" - Sezon 1 (2017)

© Marvel Entertainment, LLC 2017
Co tu gadać, świetny serial, czołówka tego, co Netflix zrobił z Marvelem. Może nawet najlepszy z tych seriali. Bardzo dorosły, żadnego trykociarskiego pierdololo, mroczny w chuj. Świetnie pokazane przypadki PTSD (po naszemu zespół stresu pourazowego). Aktorsko bez zarzutu, Bernthal rządzi, Barnes mnie miło zaskoczył, Micro super, ogólnie wszyscy na poziomie. Dużo dobrych wątków, które mnie zasadniczo nie nudziły. Kolejny raz mamy też bardzo nieufne spojrzenie na amerykańskie tajne służby (Amerykanie tę nieufność chyba już z mlekiem matki wysysają). Ogólnie znakomita rzecz. Można było może nieco skrócić, tak do 10 odcinków, ale nie było źle.

ALE!


To nie jest Punisher. Jako że Frank jest u mnie od lat ulubioną postacią w Marvelu, rzeknę: ten serial jest za ambitny na Punishera. Twórcy za dużo dodali, za dużo zmienili i ogólnie zrobili coś naprawdę na wysokim poziomie, jednak po drodze ich dziecko w dużym stopniu przestało mieć cechy wspólne z pierwowzorem.


Podobna sytuacja miała miejsce z drugą ekranizacją kinową z Thomasem Jane`em (2004 rok). To był fajny film, ale mało miał wspólnego z Punisherem. Frank bawił się tam zbyt subtelnie (poróżnienie Sainta z żoną i prawą ręką) i zbytnio trzymał się w cieniu.


Tymczasem "prawdziwy" Punisher to siła natury, nie żaden tajny agent w białych rękawiczkach. On wchodzi i robi rozpierdol. Jest też dość prostą postacią, choć da się z niego nieco wyciągnąć od strony psychologicznej, ale nie jest to specjalnie konieczne.


No i tu, w serialu, mamy też takiego nie-Franka. To, że nadal przeżywa traumę po stracie rodziny, jest ok. Ale już te wszystkie poboczne rzeczy, które on robi w tym serialu, nie pasują mi do niego w ogóle. Opiekuje się rodziną Liebermanów, robi za złotą rączkę i przyszywanego tatusia, chroni Karen Page, a na koniec jeszcze przychodzi na terapię grupową. WTF? Nic na razie nie wskazuje, że będzie kontynuował swą krucjatę i gonił złoczyńców innych, niż ci winni śmierci jego rodziny, a to jest podstawa tej postaci! Dobrze, że jest przynajmniej bezkompromisowy i chce zabijać.


Twórcy mieli ewidentnie inną wizję Franka Castle, niż oryginał komiksowy. W sumie nie dziwię się, bo zrobienie 13 odcinków o odludku, który żyje dla zabijania przestępców, tonie w paranoi i ma grube problemy psychiczne mogłoby być mało zjadliwe dla widza. Ale dla mnie to nie jest Punisher.


Paradoksalnie, za najlepsze (bo oddające ducha komiksu) ekranizacje Punishera uważam więc te najmniej ambitne, czyli pierwszą z Lundgrenem z 1989 roku (klimat jak w semicowych Punisherach z początku 90`s) oraz War Zone z Rayem Stevensonem. I te pozostają moimi ulubionymi.


Co nie znaczy, że nie obejrzę kolejnego sezonu wersji netfliksowej, zwłaszcza, że najwyraźniej już będziemy mieli tu Jigsawa ;)

sobota, 3 sierpnia 2013

FILM: "Jeździec znikąd" (The Lone Ranger)

Well, jak na opowieść o harcerzyku na Dzikim Zachodzie, to wyciągnęli z tego tematu sporo. Wiadomo, postać jest kultowa w Stanach i ma tam kilkudziesięcioletnie tradycje, ale to typ bohatera, którego nie trawię: krystalicznie czysty, nie zabija, totalny idealista o czystych rączkach. Nuda jak chuj. No i w nowym filmie pan Ranger też jest taki, co w zasadzie czyni go najmniej ciekawym elementem całości... Na szczęście reszta jest o niebo ciekawsza. Począwszy od Deppa, który wbrew moim obawom nie jest idiotą (jak dawny Tonto), ani też kopią Jacka Sparrowa w wersji indiańskiej (jest kompletnie inny, choć też zakręcony), a na czarnych charakterach kończąc (rozkosznie wredny Fichtner i zwodniczy pewien inny pan). Scenariusz jest niezły, choć oczywiście prosty i przewidywalny, ale podejmuje nieco trudniejszych tematów (rzezie Indian, nostalgiczna refleksja nad końcem epoki Dzikiego Zachodu). Jest kilka całkiem mocnych scen (zasadzka na Rangerów, dwie rzezie Indian), które powodują, że podejrzewam, że gdyby to nie był Disney i Lone Ranger, to Verbinski nakręciłby coś o wiele cięższego i mroczniejszego. Co poza tym? Fajne mrugnięcia do fanów klasycznego Rangera (z obowiązkowym "Hi Ho, Silver! Awayyyy!" na czele), uczta dla oka (w końcu budżet kosmiczny), humor nierówny, ale zjadliwy, dobra muzyka. Film roku to to nie jest, ale ogląda się nieźle, jak to letni blockbuster. Co ciekawe, na zachodzie rzecz zrobiła klapę, co daje nam drugą pod rząd porażkę Disneya przy Kinie Nowej Przygody (rok temu to samo przy Johnie Carterze). Smutne trochę. Tym niemniej mnie się raczej podobało, ale sequeli nie wymagam. Wolę kolejnych Piratów z Karaibów.

Plakat: © Walt Disney Pictures / Jerry Bruckheimer Films 2013

FILM: "The Wolverine"

The Wolverine - absolutna czołówka tego, co z bohaterami Marvela zrobił Fox. Znakomity film, jakością dobijający do - moim zdaniem najlepszych dotąd - X-Men 2 Singera. Śmiało może konkurować z niektórymi produkcjami Marvel Studios, a niektóre przebija (na pewno wolę go od Thora i Incredible Hulka). A przy tym film inny, niż dotychczasowe, bardziej refleksyjny, dający nieco pola do przemyśleń, ze znakomitym Jackmanem, który zagrał Logana chyba najlepiej do tej pory. Oczywiście akcji też nie brakuje, jest na co popatrzeć, ale klimat jakiś taki inny (niewątpliwie przez orientalny setting również), a całość jakby ambitniejsza. Dobrze napisany, dobre dialogi. Plus cudowna pani Viper, czyli taka prawie Madame Hydra. Ofkors są i babole oraz głupotki, ale mało wpłynęły na mój odbiór całości. Miłe zaskoczenia to obecność Jean (choć to wcale nie ona) oraz wsadzenie sceny z atomówką w Nagasaki. A, no i Fox wreszcie zaczął się uczyć od Marvela jak się buduje filmowe uniwersum, mówię oczywiście o scenie po napisach, czyli wprowadzeniu do Days of Future Past. Polecam straszliwie.

Plakat:  © Twentieth Century Fox 2013

sobota, 9 lutego 2013

FILM: "Hobbit - Niezwykła podróż"

"Hobbit: Niezwykła podróż" (Hobbit: An Unexpected Journey) (2012)
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Fran Walsh, Philippa Boyens, Peter Jackson, Guillermo del Toro
Obsada: Ian McKellen, Martin Freeman, Richard Armitage, James Nesbitt, Ken Stott, Andy Serkis, Ian Holm, Christopher Lee, Hugo Weaving

© New Line Cinema / Warner Bros. Pictures 2012
Na początek parę słów wyjaśnienia. Nie jestem wielkim fanem Tolkiena jako pisarza, choć bardzo go cenię jako twórcę swojego uniwersum (w sumie pokazał, jak to się robi w ogóle). Ale czyta mi się go średnio, a momentami wręcz ciężko; styl ma trochę zbyt archaiczny jak dla mnie. Poza tym znudziło mi się już high fantasy w literaturze (w grach czy filmach jeszcze łykam). Natomiast jestem wielkim fanem ekranizacji Władcy pierścieni dokonanej przez Jacksona, uważam, że jest wręcz magiczna, wspaniała i jaram się nią jak dziecko. To jeden (bo traktuję trylogię jako całość) z najlepszych filmów fantasy wszechczasów, ścisła czołówka. Na odstępstwa od książki nie zwracam w tym wypadku specjalnej uwagi, gdyż, jak wspomniałem przed chwilą, nie jestem do dzieł J.R.R. zbyt przywiązany. Liczy się to, że jest to świetny film fantasy i tyle.

Ale jeśli już mam wybierać, to wolę książkowego Hobbita od książkowego Władcy..., tego pierwszego po prostu lepiej mi się czyta. Łyknąłem tę, skierowaną przecież głównie do dzieci, powieść jakieś pięć razy i do niej mam - jak na Tolkiena - sporą słabość. Ucieszyłem się więc, oczywista, że chłopaki Jacksona zamierzają ją ekranizować. Najpierw Raimi, potem Del Toro, a w końcu sam Jackson stanęli u steru, a ja jarałem się coraz bardziej. Ale przyznam, że gdyby zekranizować Hobbita wiernie, dosłownie, to nie byłbym zadowolony. Za dużo tam infantylności, a za mało epickości. Trzeba by, moim zdaniem, nieco tę historię podrasować, wywalić dziecinne pierdołki, upodobnić skalą zajebistości bardziej do filmowego Władcy... i będzie git. Wyjebać gadające zwierzaki, a dorzucić więcej bitew. A już najlepiej byłoby, gdyby twórcy rozszerzyli nieco tę historię o materiały z innych źródeł i pokazali co Gandalf porabiał, kiedy odłączył się od drużyny, oraz bitwę Białej Rady z siłami Nekromanty w Dol Guldur. To byłoby najlepsze, co można by zrobić z tą ekranizacją, tak sobie myślałem jakieś 4-5 lat temu, uczestnicząc w dyskusji na ten temat na forum Bastionu.

I wiecie co? Jackson zrobił dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłem. Czysta perfekcja! Jest faktycznie klimat rodem z Władcy pierścieni (filmowego), większość infantylnych motywów poleciała w pizdu, za to dodano historię rozkwitu i upadku Ereboru, bitwę u bram Morii, posiedzenie Białej Rady w sprawie Dol Guldur, tudzież wizytę Radagasta w tej ostatniej miejscówce. I są to sceny, należące w dodatku do moich ulubionych w całym filmie (a przynajmniej Erebor, Moria i Dol Guldur)! W dodatku faktycznie zadym jest więcej. Ogólnie należałem do nie-aż-tak-licznej grupy, która od początku cieszyła się, że będą dwie, a potem nawet trzy części. Bo będzie więcej filmowego Śródziemia, które uwielbiam, a ufałem Jacksonowi na tyle, żeby wierzyć, że nie rozwodni tej historii i mnie nie zawiedzie. I, skubany, nie zawiódł.

Problemy z Niezwykłą podróżą mam dwa (oczywiście poza długim oczekiwaniem na kolejne części), ale żaden nie psuje mi filmu. Raz, że momentami Jackson jakby nie wie, czy robi poważny i mroczny film fantasy, czy ekranizację Hobbita dla dzieci. W rezultacie mamy tu sporo akcji pod tytułem "zabili go i uciekł", czyli bohaterów wychodzących cało z sytuacji, kiedy każdy by zginął lub zrobił sobie konkretne kuku (krasnoludy, które przeżywają przygniecenie głazem Skalnego Giganta, tudzież upadek z naprawdę dużej wysokości i przygniecenie truchłem Króla Goblinów). Po prostu realizm trochę siadał w niektórych momentach, co niezbyt pasowało do reszty filmu. Dwa: po cholerę wsadzać do tej historii Azoga, który wg kanonu tolkienowskiego już dawno wtedy nie żył? Nie lepiej dać jego syna Bolga, który mógłby wyglądać tak samo i być tak samo zajebisty, a który zgodnie z książką i tak ma brać udział w Bitwie Pięciu Armii? A jak już o Azogu mowa, to jego "proteza" jest chujowa jak barszcz. Nazwijcie to moim trzecim problemem z tym filmem, jeśli chcecie.

Reszta to już czysta podjarka. Owszem, są zmiany w stosunku do pierwowzoru, które nie musiały wcale mieć miejsca (sposób oszukania i likwidacji trolli na przykład), ale to drobiazg. Ważne, że jako całość Niezwykła podróż jest niesamowita. Wizualnie kosmos totalny (widziałem w 24 klatkach, więc nie wiem jak wygląda to słynne 48fps), jak zwykle niesamowita scenografia, kostiumy, rekwizyty i bitwy, klimat perfekcyjny, dodane elementy po prostu cudowne (Erebor!), zagadki w ciemnościach pokazane idealnie, Bilbo jest świetny, Gandalf zajebisty jak zawsze, Thorin mi pasuje, a i krasnoludy niczego sobie (zwłaszcza Balin i Dwalin). Nawet Radagast mi pasuje, a fakt, że na razie właściwie w ogóle nie pokazali Smauga to kolejny plus. Ogólnie zakochany byłem od pierwszej minuty i mi potem nie przeszło, nie wiem kiedy zleciały te trzy godziny. Nie mogę się doczekać kolejnych części. Dla fanów takich klimatów pozycja obowiązkowa, ale i tak już to przecież wszyscy widzieli. Tym niemniej polecam jak cholera.

niedziela, 6 stycznia 2013

KollerDRAW(s)

Założyłem nowego bloga specjalnie pod twórczość rysunkową, więc od dziś nowe rysunki pojawiać się będą właśnie na nim. Tych wrzuconych już tu do tej pory oczywiście nie usuwam, niech sobie leżą dla potomności :D Od teraz na Wielbicielu tylko teksty, recki, ranty itd. Cisnę na dwa fronty!

środa, 26 grudnia 2012

FILM: "Atlas chmur"

"Atlas chmur" (Cloud Atlas) (2012)
Reżyseria: Andy i Lana Wachowski, Tom Tykwer
Scenariusz:  Andy i Lana Wachowski, Tom Tykwer
Obsada: Tom Hanks, Halle Berry, Jim Broadbent, Hugo Weaving, Doona Bae, Ben Whishaw, James D'Arcy, Keith David, Hugh Grant

© Warner Bros. Pictures 2012
Nie tak dawno temu jarałem się trailerem tego filmu, przewidując coś, co mnie poruszy emocjonalnie, a równocześnie dostarczy niemałych wrażeń fanowi fantastyki, który we mnie siedzi. Nie pomyliłem się. Atlas chmur to jeden z filmowych czarnych koni AD 2012 i całkiem mocny kandydat na mój osobisty film roku. Tylko cholernie ciężko będzie go zrecenzować.

Jakieś dwa lata temu, gdy usłyszałem po raz pierwszy, że Wachowscy wracają do s-f, ucieszyłem się bardzo (nigdy nie przestałem ich cenić za Matriksy oraz Bound, a także nigdy nie podzielałem powszechnego rozbawienia faktem, że niegdysiejszy Larry Wachowski to obecnie Lana - który to fakt jakby każe wszystkim traktować rodzeństwo W. jeszcze bardziej niepoważnie). Kiedy okazało się, że dołączy do nich Tom Tykwer, ucieszyłem się jeszcze bardziej i w zasadzie byłem spokojny o efekt końcowy. I słusznie. Powieści Mitchella wprawdzie nie czytałem, więc nie porównam z pierwowzorem, ale to nic.

Atlas chmur to sześć różnych opowieści, każda z innej epoki, traktujących o różnych ludziach i sprawach, ale jednak mniej lub bardziej powiązanych. Jest młody prawnik z XIX w., który pomaga murzyńskiemu niewolnikowi ukryć się na okręcie, którym płynie, i potem jeszcze obaj ratują sobie życie. Jest historia biseksualnego muzyka (rok 1936), który pod okiem starego kompozytora pisze arcydzieło swego życia, ale potem musi bronić go przed swym gospodarzem, bo ten chce przypisać autorstwo sobie. Jest dziennikarka z lat 70-tych, która wpada na trop afery związanej z bezpieczeństwem nowego reaktora jądrowego, co naraża ją na niebezpieczeństwo, a trup wokół niej ściele się gęsto. Jest podstarzały wydawca-kombinator, który w naszych czasach (2012) dorabia się na wydaniu powieści pewnego gangstera, a potem, uciekając przed kolesiami swej pisarskiej gwiazdy, trafia do upiornego domu starców, z którego też próbuje uciec, zyskując nowych przyjaciół. Są w końcu dwie opowieści z przyszłości; w pierwszej, z roku 2144 (lokalizacja: ultrafuturystyczny Nowy Seul), pewien żeński klon-służący o imieniu Sonmi 451 buntuje się nagle przeciw systemowi, ucieka z pomocą ruchu oporu i usiłuje wywalczyć lepsze jutro dla uciskanych sióstr. W drugiej mamy już Ziemię po nuklearnej apokalipsie (circa 2321) i obserwujemy, jak członek jednego z prymitywnych plemion pomaga kobiecie z kasty Profetów, której udało się zachować stare technologie, dostać się do zapomnianego posterunku w górach, by wysłała wiadomość do tych, którzy opuścili planetę te parę setek lat wcześniej.

Związki między poszczególnymi historiami nie zawsze są oczywiste, czasem bywają subtelne, ale zawsze jakieś są. Natomiast nie jest to specjalnie istotne, bo śmiało można całość oglądać nie zawracając sobie powiązaniami głowy, jako sześć osobnych opowieści - przekaz na tym nie traci. No właśnie, przekaz. Wielka pochwała wolności, dobroci, przyjaźni, odwagi, determinacji, tolerancji, zdolności tworzenia i w ogóle wszystkiego, co w ludziach najlepsze. Po prostu. Może to banalne, ale zarazem niesamowicie mnie poruszyło, w czym zapewne pomógł rozmach i skala obrazu. Atlas to film piękny i ciepły, choć zarazem smutny i nieraz mroczny czy brutalny. Jest tu w zasadzie wszystko: dramat, melodramat, sensacja, komedia, przygoda, futurystyczne sci-fi, postapokalipsa. Wszystkie te gatunki wymieszano niezwykle naturalnie, nic nie zgrzyta, wszystko pasuje do wszystkiego. Tak się robi wielkie kino.

Strona techniczna i aktorstwo też są znakomite. Tytuł słynie z wykorzystania tych samych aktorów w kilku rolach; faktycznie większość z nich, przynajmniej ci ważniejsi, pojawiają się w każdej nowelce. I zmieniają się z roli na rolę niesamowicie, mają inne charaktery, całkowicie inny wygląd, a nieraz nawet rasę czy płeć (!). Cudowna robota, zarówno aktorska (wszyscy zagrali na wysokim poziomie, ale dla mnie film skradli Hanks, Broadbent i Weaving), jak i w sferze charakteryzacji (liczę na oscara). Kolejna wspaniała sprawa to montaż, niezwykle umiejętnie splatający wszystkie opowieści w całość, przeskakujący od historii do historii w sposób zawsze sensowny, oparty na scenach-kluczach i związkach między nowelkami. Wzmianka o świetnych efektach specjalnych, widocznych oczywiście głównie w ostatnich dwóch epizodach (brak mi słów na futurystyczny Nowy Seul), jest właściwie czystą formalnością. Dodam tylko, że w całość wkradło się przy okazji kilka niezłych scen akcji, czasem widowiskowych, ale zawsze raczej krótkich. Dobre i to.

Nie zawaham się przed nazwaniem Atlasu chmur arcydziełem. To naprawdę wielki film, choć nie dla wszystkich. Wymaga pewnej wrażliwości, otwartości, a także skupienia, co przy blisko trzech godzinach seansu może być uciążliwe dla niektórych widzów. Jeśli oczekujesz tylko widowiskowej akcji, zachęcony poprzednimi filmami Wachowskich, to raczej się zawiedziesz. Ja jestem zachwycony, ten tytuł podobałby mi się nawet, gdyby nie zawierał wątków s-f, acz dzięki nim jest jeszcze lepszy, wspanialszy i bardziej uniwersalny. Przypomina mi inne filmy złożone z przeplatających się historii różnych ludzi, jak Na skróty, Magnolia, To właśnie miłość czy Źródło (najbardziej zresztą podobne koncepcyjnie). I jest równie dobry, jak one, może lepszy. Polecam bardzo.

wtorek, 25 grudnia 2012

GRA: "Divine Divinity" (PC, 2002)

© Larian Studios 2002
Gry cRPG z izometrycznym widokiem i grafiką 2D to już dziś relikt przeszłości, ale tytuły takie mają nadal swoich zwolenników, bardziej zainteresowanych głębią mechaniki, niż graficznymi wodotryskami. Do tej grupy gier należą takie tuzy jak stare Fallouty, Baldur’s Gate, Icewind Dale czy niedocenione Arcanum; jak na ich tle wypada recenzowany tu Divine Divinity? Zanim odpowiem na to pytanie, muszę nadmienić, że DD porównywać można zarówno do tych wspomnianych hitów, jak i do... Diablo.

Bo mowa tu, owszem, o grze cRPG, to znaczy jest rozbudowana fabuła, drzewka dialogowe, olbrzymia ilość NPC-ów i rozmów, ale mechanika jest uproszczona, a statystyki i cały system walki zapożyczony został z hack 'n' slashów. Czyli gracz klika na wrogu aż do skutku, używając też czasem umiejętności specjalnych (prawy klawisz myszy) i uważając na paski życia (czerwony) oraz many (niebieski). Pod tym względem jest to czyste Diablo, zresztą niektórzy traktują ten tytuł właśnie jako kolejny klon hitu Blizzarda, a to z kolei zbytnie uproszczenie. Divine Divinity charakteryzuje się po prostu pewnym dualizmem, jest czymś pomiędzy RPG i H’n’S-em, zajebiście udanym połączeniem tychże.

Fabuła jest sztampowa do bólu. Gracz dostaje klasyczny wielorasowy świat fantasy z orkami, krasnoludami, elfami i tym podobnymi; pewien złowrogi kult chce zachwiać ogólną równowagą, wskrzeszając pokonanego wieki wcześniej demona. Poszczególne rasy zostają skłócone i może dojść do wojen między nimi, ale na scenę wkracza postać naszego bohatera, boski wybraniec. Wspomagany przez tajemniczego czarodzieja (klon Gandalfa, kubek w kubek) podejmuje się tradycyjnie kluczowej dla losów świata misji, pomaga wszystkim rasom po kolei, a potem idzie spuścić wrażemu demonowi i jego kultystom srogi wpierdol. Nic nowego pod słońcem, ale ja od RPG w klimatach fantasy oryginalności nie wymagam - dla mnie zero problemu.

Tym bardziej, że questy poboczne są nieraz bardziej interesujące. Jasne, zdarzają się klasyczne FedExy (po naszemu "przynieś-wynieś-pozamiataj"), ale jest też sporo questów z twistem, pomysłowych bądź zabawnych. A propos humoru, gra po prostu nim tryska. Zabawne questy, zabawne dialogi, zabawne książki i pergaminy (tak jak np. w Baldurach czy serii The Elder Scrolls mamy w DD masę porozrzucanych po świecie gry czytadeł, czasem świetnych). Easter eggsy też się znajdą. To dobrze, bo rozgrywka do krótkich nie należy, więc każde urozmaicenie jest mile widziane.

Jeszcze o mechanice: gdy pominąć uproszczenia w systemie walki, które nie każdemu wielbicielowi cRPG przypadną zapewne do gustu, to pochwalić trzeba swobodę w rozwoju postaci gracza. Klasy są wprawdzie tylko trzy i różnią się w zasadzie kosmetycznie (wyglądem, statystykami początkowymi i startowymi skillami), ale za to już ilość umiejętności możliwych później do wybrania jest po prostu olbrzymia. Teoretycznie każda klasa ma swoje drzewko rozwoju (wojak, mag i łotrzyk), ale w praktyce uczyć się można skilli ze wszystkich trzech w dowolnych proporcjach. Daje to niesamowite możliwości i każdy bez trudu stworzy bez żadnych ograniczeń takiego bohatera, jaki mu odpowiada.

Na koniec słówko o oprawie audiowizualnej. Cóż, jeśli dla kogoś liczy się tylko ilość polygonów w grafie 3D i ostrość tekstur, to na Divine'a niech nawet nie patrzy. Ja jestem ze starej szkoły i kocham grafikę 2D, bo ona się starzeje o wiele wolniej, niż 3D, i potrafi nawet po kilkunastu latach urzekać, zwłaszcza, jeśli usiadł do niej ktoś ze smakiem. DD ma dziesięć lat, a wygląda moim zdaniem rewelacyjnie, w tłach jest masa detali i smaczków, atmosfera niektórych miejsc jest wspaniała, a całość może się też pochwalić niezłą różnorodnością (oglądamy m.in. kilka wiosek wraz z polami, dwa spore miasta, lasy, góry, zamek, bagna, hale krasnoludów, magiczne sanktuarium czy górzyste pustkowie. Plus oczywiście masę podziemi i lochów). Muzyka Kiryła Pokrowskiego jest zaś absolutnie genialna i można jej słuchać z przyjemnością poza grą, co zresztą szczerze polecam (cały soundtrack można legalnie pobrać ze strony kompozytora).

Divine Divinity to zajebisty, lajtowy erpeg - długi, klimatyczny i daje dużą swobodę. Mnie się ta gra bardzo podoba, choć przyznam, że końcówka, która jest właściwie czystą H'n'S-ową napierdalanką bez żadnych questów, może być męcząca. Ale da się to przeżyć, a cała reszta gry mocno to wynagradza. Jeśli jeszcze komuś nie przeszkadza system walki rodem z Diablo, to tym bardziej polecam. Warto.

wtorek, 11 grudnia 2012

Och, jak mrocznie... Co, że nie?

Masa błędów w oświetleniu i niestety za mało zaakcentowana błyskawica z lewej (widzicie ją w ogóle?). Ale znów nauczyłem się trochę nowych rzeczy w GIMPie, więc ogólnie bilans na zero... No, może malutki plusik :)


piątek, 7 grudnia 2012

KSIĄŻKA: Justin Cronin - "Przejście"

© Albatros 2011
Slogany reklamowe na okładkach niniejszej powieści są szumne jak zwykle. Sam Stephen King jest patronem i jakoby ją uwielbia, zaś Ridley Scott trzyma w ręku prawa do jej ekranizacji i podobno kiedyś nawet takową nakręci. Rzecz porównuje się z Bastionem wspomnianego Kinga. Czy mamy więc do czynienia z literackim objawieniem, o czym chce nas przekonać wydawca? Trzeba sobie od razu powiedzieć, że nie. Co nie zmienia faktu, że Przejście Justina Cronina to kawał solidnej i całkiem interesującej lektury w klimatach postapokaliptycznych.

Całość składa się jakby z trzech części. Pierwsza to czasy nam współczesne; jest niezmiernie wielowątkowa i poznajemy z niej wszystkie postaci, które będą miały wpływ na przyszłe wydarzenia książki. Ilość bohaterów i przeskoków w czasie oraz przestrzeni może przytłaczać, ale warto przebrnąć przez te dwieście stron. Wszystkie wątki splatają się potem w jednym miejscu: tajnej bazie wojskowej w Kolorado, gdzie sytuacja wymyka się spod kontroli i broń biologiczna, nad którą tu pracowano, wyrywa się na wolność. Tu ma początek epidemia wirusa, który zamienia ludzi w krwiożercze potwory; epidemia szybko obejmująca całe Stany Zjednoczone. Mamy okazję obserwować początek końca ludzkości, przynajmniej tak się wydaje.

Część druga to przeskok w czasie o ponad dziewięćdziesiąt lat. Wirole, czyli ofiary wspomnianego wirusa, opanowały świat. Przynajmniej tak to wygląda z perspektywy garstki ludzi, gnieżdżących się w małej enklawie zwanej Kolonią. Jej mieszkańcy mają tu wysoki mur wokół swej siedziby, pola uprawne, bydło i na tyle elektryczności, by starczyło na mocne reflektory, których światło odstrasza wiroli. Nie wiedzą, czy poza ich grupą ktoś przeżył. Poznajemy więc nowych bohaterów, codzienne życie ich społeczności, sposoby radzenia sobie z panującą sytuacją. Cronin wprowadza tu znów sporo wątków, również obyczajowych, często też zagłębia się w psychikę swoich postaci. Ta sekwencja jest najdłuższa, liczy około pięciuset stron i przyznać trzeba, że zaczyna szybko nużyć czytelnika. Akcja przyspiesza dopiero pod koniec, gdy w enklawie pojawia się dziwna, cicha dziewczyna, mająca tajemnicze powiązania z katastrofą sprzed prawie stu lat.

I w końcu ostatnie dwieście stron można uznać za część trzecią. Bohaterowie, czyli grupka renegatów z Kolonii plus Amy, owa dziewczyna-przybysz, są zmuszeni wyruszyć w podróż. Chcą dotrzeć do miejsca, w którym wszystko się zaczęło, czyli do owej feralnej bazy wojskowej w Kolorado. Ten fragment książki to przeciwieństwo poprzedniego, akcja w końcu rusza się z jednego miejsca, rozpoczyna się droga, czyli najbardziej klasyczny element fabuł postapokaliptycznych. Czytelnik dostaje więc opuszczone, zrujnowane miasta, walki z wirolami, zdobywanie zapasów, w końcu – spotkania z innymi grupami ocaleńców. Jest dynamicznie, pojawiają się interesujące twisty fabularne, innymi słowy: czyta się to świetnie.

Podstawową wadą Przejścia jest niestety rozwlekłość. Jak wynika z prostej matematyki, wspomniane wyżej sekwencje, na które można powieść podzielić, składają się na ponad siedemset stron całości. Przy czym część środkowa, zasadniczo najmniej ciekawa, jest zarazem najdłuższa. Cronin pisze interesująco, ale często zbytnio się wgłębia w sprawy, które albo nie są zbyt zajmujące dla czytelnika (przeszłość bohaterów drugo- i trzecioplanowych, ich psychika), albo dałoby się je po prostu przekazać zwięźlej. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że książkę możnaby śmiało okroić o jakieś dwieście stron bez istotnych strat dla całokształtu. W obecnej formie jest to powieść, którą nie każdy czytelnik przeczyta do końca, zraziwszy się zwłaszcza przydługą częścią środkową.

Czy w takim razie warto? Mimo wszystko tak, to nie jest zła powieść, co najwyżej nierówna i momentami męcząca. Pierwsze i ostatnie dwieście stron jest znakomite, a w tej nieszczęsnej części środkowej też się od czasu do czasu coś ciekawego wydarzy, więc tragedii nie ma. Przejście nie jest zbyt oryginalne, ani fabularnie, ani pod względem konstrukcji postaci, i na pewno nie jest ósmym cudem świata, jak chciałby wydawca, ale jest za to solidnym czytadłem. Autor potrafi dobrze oddać atmosferę świata po apokalipsie, różnicuje też narrację, wplatając w nią fragmenty pamiętników, listy, treść dokumentów rządowych... Należy też dodać, że po skończeniu czytania ma się ochotę poznać ciąg dalszy (twórca ma plany napisania trylogii), a to bardzo ważne. Podsumowując: książka dla odbiorców cierpliwych, niezrażających się nadmiernie rozdmuchaną objętością, a także dla miłośników postapokalipsy, bo ci dostaną tu dla siebie najwięcej. Reszta powinna raczej spojrzeć w inną stronę.

czwartek, 6 grudnia 2012

50's sci-fi

Oooo, ludkowie. Ta obróbka rysunków na kompie zaczyna się mnie podobać. Trochę tu może za dużo różnych technik użyłem i całość może być kapkę nieposkładana, ale za to nauczyłem się miliona rzeczy. Są błędy oczywiście, choćby w perspektywie, ale liczę, że nie rzucają się strasznie w oczy :) Endżoj.